NOC ŻYWYCH TRUPÓW 3D (2006)

„Night of the Living Dead 3D”
reż. Jeff Broadstreet

Noc-zywych-trupow-3DNie minęło dwadzieścia lat od udanego remake’u „Nocy żywych trupów” przez Toma Saviniego, a za klasyk George’a Romero zabrał się kolejny reżyser. Tyle tylko, że o wiele mniej utalentowany. Do tego z własną wizją scenariusza i przekonaniem, że tworzy tak wiekopomne dzieło, iż można je podziwiać tylko w najlepszych możliwych warunkach. Najlepiej Imaxach z najnowocześniejszą techniką 3D.

Barb (nie lubi kiedy mówi się do niej Barbara) i Johnny jadą na pogrzeb nielubianej ciotki. Kiedy przybywają na cmentarz nikogo nie zastają. Po krótkich poszukiwaniach okazuje się, że żałobnicy zamienili się w zombie. Johnny ucieka, zostawiając dziewczynę na ich pastwę. Ta najpierw szuka schronienia w pobliskim domu pogrzebowym, lecz przepędza ją stamtąd właściciel, niejaki pan Tovar (Sid Haig). Cudem uratowana przez Bena pędzącego na motorze, zostaje zabrana na farmę Coopera. Tymczasem żywe trupy podążają za nią.

Noc-zywych-trupow-3D_1Przemoc: – 5
„Noc żywych trupów 3D” jest produkcją chałupniczą i do bólu niskobudżetową, niemniej do efektów gore akurat się przyłożono. Tak samo jak do wyglądu żywych trupów, które robią o wiele bardziej paskudne wrażenie niż u Romera i Saviniego. Owszem, było kilka szans na bardziej dosadne ukazanie niektórych morderstw, ale ostatecznie i tak jest nieźle. Zwłaszcza jeśli ogląda się je w okularach 3D. Choć to raczej wersja dla ubogich, nie żaden „Avatar”.

Nagość: – 3
Po raz pierwszy w historii „Nocy żywych trupów” pojawia się nagość niezwiązana z zombiakami. Choć i te w wersji rozebranej także dostaniemy. Mam tu na myśli pewnego obrzydliwego grubasa zjadającego księdza. Jednak największą niespodzianką jest biegająca w stroju Ewy Judy.

Noc-zywych-trupow-3D_2Wulgarność: – 4
Mamy tu również pierwszą scenę seksu. W wykonaniu Toma i Judy. I pomyśleć, że w oryginale była to taka spokojna i miła para. Poza nimi należy także zwrócić uwagę na nielegalną plantację marihuany Coopera i niewybredny język niektórych bohaterów.

Obrazoburczość: – 4
Tym razem nikt nie bawi się w moralizatorstwo. Przedstawiono za to całkiem ciekawą koncepcję powstania zmarłych z grobów. Osoba za to odpowiedzialna jest święcie przekonana co do tego, że jej uczynek jest ze wszech miar słuszny i porównuje się nawet do Jezusa, który wskrzesił Łazarza. Choć szczerze przyznaje, że musi jeszcze nieco popracować nad szczegółami.

Noc-zywych-trupow-3D_3Niesmaczna przyjemność: – 2
Przyznam, że się łamałem, czy jednak nie dać temu filmowi wyższej oceny. Bo w sumie jako dzieło autonomiczne nie jest takie złe, zombiaki wyglądają fajnie, a Sid Haig jak zwykle wymiata. Jednak ponieważ użyto tytułu jasno wskazującego na konotacje z dziełem kultowym, nie mogę obejść się bez porównań. Na pewno wdzięcznymi zabiegami są mrugnięcia do fanów, jak chociażby to, że Johnny nie umiera na cmentarzu, słynny cytat „Oni idą po ciebie, Barbaro” (tu raczej jako „Idę po ciebie, Barb”) pojawia się w sms-ie, a gdy Barba i Ben wpadają do Cooperów, ci oglądają oryginalną „Noc żywych trupów”. Niestety poziom wykonania i swobodne podejście do oryginału, z którego zostały w zasadzie tylko imiona bohaterów (nawet Ben jest białasem) powoduje niesmak.

Średnia zła: 3,6
I drobna uwaga dla tych, którzy mają zamiar sięgnąć po tę pozycję, a nie widzieli oryginału. Choć scenariusze się nie pokrywają i w zasadzie mamy do czynienia z dwoma różnymi filmami, to jednak w pewnym momencie u Cooperów kończy się seans „Nocy żywych trupów” Romera i ostentacyjnie zdradza się jej zakończenie. Trzeba więc być na to wyczulonym.


Pi

GEORGE ROMERO NIE ŻYJE

George-RomeroNiespodziewanie wakacyjny cykl poświęcony żywym trupom w Krainie Niesmacznej Przyjemności okazał się naszym epitafium dla twórcy nowożytnego zombie. W niedzielę 16 lipca w wieku 77 lat zmarł George Romero, twórca kultowej trylogii „Noc żywych trupów”, „Poranek żywych trupów” i „Dzień żywych trupów” (po latach uzupełnioną o kolejne trzy filmy: „Ziemia żywych trupów”, „Diary of the Dead: Kroniki żywych trupów” i „Survival of the Dead”). Ponieważ o wszystkich tych filmach będziemy jeszcze pisali, przypomnijmy inne dzieła reżysera, niekoniecznie związane z zombiakami.

1971 – „There’s Always Vanilla” – jedyny czystej wody dramat w dyskografii Romera

1972 – „Hungry Wives” – znany także jako „Season of the Witch”

1973 – „Szaleńcy” („The Crazies”) – w 2010 roku powstał remake pod tytułem „Opętani”

1977 – „Martin” – absolutny klasyk, pisaliśmy o nim w Krainie Niesmacznej Przyjemności

1981 – „Rycerze na motorach” („Knightriders”) – wbrew tytułowi ambitny dramat oz Edem Harrisem

1982 - „Koszmarne opowieści” („Creepshow”) – zbiór miniatur grozy, o którym już pisaliśmy

1988 – „Małpia intryga” („Monkey Shines”) – thriller z elementem animal attack

1990 – „Oczy szatana” („Due occhi diabolici”) – obraz stworzony wraz z Dario Argento

1993 – „Mroczna połowa” („The Dark Half”) – na podstawie Stephena Kinga

2000 – „Diabelska maska” („Bruiser”) – ostatni film Romera nie poświęcony żywym trupom.

Pi

NOC ŻYWYCH TRUPÓW (1990)

„Night of the Living Dead”
reż. Tom Savini

Noc-zywych-trupow-1990Tom Savini musiał chyba strasznie wewnętrznie cierpieć z tego powodu, że ominęła go okazja uczestniczenia w powstawaniu „Nocy żywych trupów” George’a Romero (został powołany do wojska i wysłany do Wietnamu). Choć współpracował z ojcem nowożytnego zombie wielokrotnie, to jednak tkwiło w nim jak zadra. Najpewniej dlatego chętnie zgodził się zostać reżyserem pierwszego remake’u klasyka z 1968 roku. Tym razem z prawdziwymi aktorami i w kolorze.

Barbara i jej brat Johnnie zostają zaatakowani na cmentarzu przez zombie. Dziewczynie udaje się uciec. Skrywa się w opuszczonym domu. Wkrótce do niej dołącza Ben (Tony Todd). Wraz z ukrywającymi się w piwnicy ludźmi starają się stawić czoła nieumarłym.

Noc-zywych-trupow-1990_1Przemoc: – 4
Wydawać by się mogło, że jeśli za film odpowiada legendarny specjalista od efektów gore, całość będzie ociekała krwią i posoką. Tymczasem jak na taką gwiazdę przemoc została pokazana dość zachowawczo. Niestety taka była decyzja wytwórni, która nakazała Saviniemu usunąć co bardziej pikantne sekwencje. Niektóre są dostępne w formie dodatków w jubileuszowych wydawnictwach filmu. Niemniej parę smaczków się znalazło, jak chociażby załatwienie wujka Rege’a, czy ostrzelanie pewnego łysego zombiaka atakującego przez okno. Choć i tak moim faworytem pozostaje zombie buldog – koleś, którego przejeżdża samochodem Ben, po czym leży z malowniczo przetrąconym karkiem i dalej próbuje pełznąć.

Nagość: 0
Wzorem oryginału nagości w filmie nie uświadczymy, aczkolwiek tu również trafimy na przebitkę, w której widzimy nagą panią zombie zbliżającą się do domu, w którym ukrywają się bohaterowie.

Noc-zywych-trupow-1990_2Wulgarność: – 3
Za to pod względem wulgarności nastąpiła znaczna poprawa. A to dlatego, że czasy się zmieniły i dialogi mogły być o wiele bardziej pikantne niż w 1968 roku. Do tego dochodzi o wiele ostrzejszy konflikt na linii Ben – Cooper. Panowie już nie tylko skaczą sobie do gardeł, ale wręcz się ostrzeliwują z broni palnej.

Obrazoburczość: – 3
Choć Savini postarał się, by jego „Noc żywych trupów” niosła podobne przesłanie o wątpliwej naturze człowieka, zrobił to o wiele mniej subtelnie, niż jego poprzednik. Choć scena z powieszonymi na drzewie zombiakami robi wrażenie, to jednak ogólnie ma się wrażenie potwornej łopatologii i przesady. Stąd oczko mniej niż Romerowi.

Noc-zywych-trupow-1990_3Niesmaczna przyjemność: – 5
Należę do tej części widzów, którym pierwowzór podobał się bardziej niż remake, choć w sumie cieszę się, że nie jest to odegranie scenariusza co do joty, a uzupełniono go o inne proporcje. Zrozumiem również tych, którym to właśnie wersja z 1990 roku wydaje się najlepszą. Choć nie uświadczymy już tej gotyckiej grozy, to jednak uczucie klaustrofobicznego klimatu i osaczenia pozostaje. Na pewno mamy tu do czynienia z bardziej wartką akcją, napędzaną wybuchowymi konfliktami z panem Cooperem. Lepiej widzimy zombiaków, natomiast Barbara ze sparaliżowanej strachem dziewczyny wyrosła na ich głównego tępiciela. Ciekawa zmiana.

Średnia zła: 3
Warto zauważyć, że w podstawowej obsadzie znalazło się kilku aktorów i aktorek, którzy przynajmniej otarli się o inne legendarne horrory: grająca Barbarę Patricia Tallman wystąpiła w „Armii ciemności” i „Martwych falach” (a także była gwiazdą serialu „Babylon 5″), grającego Bena Tony’ego Todda nie trzeba przedstawiać („Candyman”, „Kruk”, „Topór”, „Oszukać przeznaczenie”), Tom Towles wcielający się w Coopera zaliczył „Henry – portret seryjnego mordercy”, „Studnię i wahadło”, „Armię Boga II”, „Dom 1000 trupów”, „Bękarty diabła” i remake „Halloween”; William Butler grający Toma zagrał w „Ghoulies II”, „Piątku trzynastego VII: Nowa krew” i „Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną 3″; Katie Finneran, czyli Jude Rose widzieliśmy gościnnie w serialu „Więzienie Oz”, natomiast wcielającego się w Johnny’ego Billa Moseleya skojarzy każdy, kto widział „Teksańską masakrę piłą mechaniczną 2″, „Plazmę”, „Cichą noc, śmierci noc 3: Przygotuj się na najgorsze”, „Armię ciemności”, „Dom 1000 trupów”, „Bękarty diabła”, „Martwe fale”, „Exit Humanity”, „Piłę mechaniczną 3D”, „Halloween” Roba Zombiego, a nawet nasz stary, dobrze znany „Evil Bong”.


Pi

NOC ŻYWYCH TRUPÓW (1968)

„Night of the Living Dead”
reż. George A. Romero

Noc-zywych-trupow-1968Są takie filmy, których pierwszy seans pamięta się bardzo dokładnie – w tym miejsce i czas, w którym się odbył. Ja tak mam z pierwszą „Nocą żywych trupów”, filmem, który zrobił na mnie kolosalne wrażenie, choć wcale nie byłem taki młody, jak kaseta VHS z nim wpadła w moje ręce. Romero utrwalił moją miłość do zombie, która w wypadku większości produkcji jest wystawiana na ogromną próbę. Między innymi z tych powodów wakacje 2017 roku w Krainie Niesmacznej Przyjemności odbędą się pod znakiem żywej śmierci. Na początek klasyk George’a A. Romero.

Barbra z bratem udają się na cmentarz by złożyć wieniec na grobie dalekiego krewnego. Tam napada ich obrzydliwy mężczyzna. Dziewczynie udaje się uciec i schować w pobliskim domu. Wkrótce dołącza do niej Ben, słusznie podejrzewając, że rosnąca liczba prześladowców to żywe trupy. Zaczyna się heroiczna walka o przerwanie.

Noc-zywych-trupow-1968_1Przemoc: – 4
Trudno oceniać w tej kategorii absolutny klasyk kina gore. Niemniej nie da się ukryć, że z dzisiejszej perspektywy nie wydaje się być aż tak bardzo krwawy. Zwłaszcza, że całość utrzymana jest w mrocznej stylistyce filmu czarno-białego, która nie pomaga w ukazywaniu makabrycznych szczegółów. Niemniej mamy tu kilka scen, które i teraz mogą zrobić wrażenie, jak sztandarowy popis Romera – ukazanie uczty zombie, konsumujących ciała zwęglonych bohaterów, którzy próbowali wydostać się z posiadłości. Nawet jeśli ma się świadomość, że to tylko zwykła pieczeń polana sosem czekoladowym (co samo w sobie brzmi obrzydliwie), to jednak wciąż jest to jeden z kanonicznych przykładów konsumpcji przez truposze w idealny sposób łączący groteskę i psychodelę z zatrważającym wręcz realizmem.

Nagość: 0
I kolejny punkt z którym mam problem. Kiedyś ustaliłem zasadę, że nagie trupy to nie nagość, ale w przypadku zombie nie zawsze można ją stosować (patrz „Łowcy zombie”, czy „Zombie striptizerki”). Tu mógłbym mieć podobny dylemat, gdyby nie cenzura. Otóż w jednym z kadrów miga nam zbliżająca się do domu naga pani-truposz. Oczywiście w mroku nie widać wiele, ale w necie można trafić na kadry wycięte z filmu, w których jest ona pokazana o wiele dokładniej.

Noc-zywych-trupow-1968_2Wulgarność: – 1
Gotycki klimat całości, a także zachowanie jak największego realizmu pod względem portretów psychologicznych postaci, powoduje, że nie uświadczymy tu żadnych seksualnych podtekstów, ani głupawych żartów. Konsekwencja jest też jedną z najmocniejszych stron tego filmu. Chyba, że za wulgarne uznamy strasznie Barbry na cmentarzu przez brata i najsłynniejszą kwestię z filmów o zombie: „oni idą po ciebie, Barbro”.

Obrazoburczość: – 4
Tworząc „Noc żywych trupów” Romerowi chodziło o coś więcej, niż tylko zaszokowanie widza nowa jakością brutalności. Starał się również przemycić kilka spostrzeżeń na temat kondycji ludzkości, stanie się znakiem rozpoznawczym jego twórczości, ze szczególnym wskazaniem na „Poranek żywych trupów”, ale także „Martina” i „Diabelską maskę”. Mamy więc garstkę ludzi znajdującą się w ekstremalnej sytuacji z czego nie wszyscy zachowują się równie szlachetnie. Jest dysfunkcyjna rodzina, pokazanie dziecka, jako bezlitosnego mordercy, czy wreszcie samo zakończenie, nakazujące widzowi głębiej zastanowić się nad treścią właśnie obejrzanego dzieła.

Noc-zywych-trupow-1968_3Niesmaczna przyjemność: – 5
Co tu dużo mówić, „Noc żywych trupów” to pozycja ze wszech miar kultowa. Nie tylko doczekała się licznych kontynuacji i trawestacji, ale także wprowadziła całkiem nowy wizerunek zombie do popkultury (pierwszym „nowożytnym” żywym trupem został S. William Hinzman, którego powolny, powłóczysty chód na dziesięciolecia ukształtował sposób poruszania się umarlaków – praktycznie do czasu rozbieganych i wściekłych antagonistów z „28 dni później”). Wreszcie film Romera to solidny dreszczowiec, którego nie powstydziłby się sam Hitchcock. Uwielbiam takie klaustrofobiczne klimaty, kiedy liczba bohaterów jest ograniczona i praktycznie śmierć któregokolwiek z nich odczuwalna jest jako niepowetowaną stratę. Zwłaszcza, jeśli są oni dobrze napisani i zagrani, choć obsada składała się głównie z naturszczyków. Na końcu wspomnę też, że konwencja filmu czarno-białego bardzo przysłużyła się spotęgowaniu dusznej, mrocznej atmosfery. Te wszystkie blade postacie trupów wyłaniające się z mroku do dziś robią ogromne wrażenie i powodują pojawianie się ciarek na plecach.

Średnia zła: 3
„Noc żywych trupów” nieopatrznie nie została zabezpieczona prawami autorskimi i dziś traktowana jest jako dobro publiczne. Stąd zapewne istny wysyp jej rameke’ów. Nie dajcie się jednak zwieść tym wszystkim dopiskom „3D” w tytułach, albowiem ich poziom jest co najmniej kontrowersyjny. Jedyną wersją, która zbliża się jakością do pierwowzoru jest ta z 1990 w reżyserii Toma Saviniego, który miał pracować z Romerem nad jego kinowym debiutem, ale niestety został powołany do Wietnamu.


Pi

10 NAJBARDZIEJ ODJECHANYCH POMYSŁÓW Z „EVIL BONG” I „GINGERDEAD MAN”

Trochę jednak mam wyrzut sumienia, że nie odważyłem się sięgnąć po najnowszą odsłonę „Evil Bong”. Z tej okazji postanowiłem zebrać dziesięć najbardziej odjechanych patentów pojawiających się w serii (a także bliźniaczej „Gingerdead Man”). Gdyby skondensować je w jednym filmie, mielibyśmy do czynienia z arcydziełem. Niestety porozrzucane po dziewięciu, w większości nudnawych, odcinkach nie robią pożądanego wrażenia.

10. Alien Bong – najeźdźca z kosmosu („Evil Bong 3: The Wrath of Bong”)

Tego jeszcze w filmach o inwazji obcych na naszą planetę nie było – tym razem przybrali oni formę demonicznej fajki wodnej. Ich celem jest natomiast wyssanie siły życiowej z mieszkańców Ziemi. A konkretnie z nasienia ich męskich przedstawicieli.

Evil-Bong-3D_19. Ściana z cycuszków z wizji Rabbita („Gingerdead Man vs. Evil Bong”)

Niepotrzebnie w pewnym momencie na jednego z głównych bohaterów serii wyrósł wyjątkowo nieśmieszny i irytujący dziadek Rabbit. Jest to stary narkoman i erotoman w jednym, dzięki czemu w crossoverze „Gingerdead Man vs. Evil Bong” wydawało się, że rozpracował świat Evil Bonga, kształtując go według własnych wyobrażeń. Jednym z jego atrybutów okazała się niezmierzona ściana składająca się z damskich biustów. Trzeba przyznać, że miał facet wyobraźnię.

gingerbong48. Gingerdead Man nacierany gorącym masłem („Evil Bong 420″)

Gingerdead Man nie był specjalnie zadowolony z rozkoszy serwowanych przez piękne przedstawicielki topless z plemienia Poontang w świecie Evil Bonga. Mimo, że jedną z atrakcji było smarowanie go rozgrzanym masłem, co w przypadku piernikowego ludzika ma nawet wiele sensu.

Evil-Bong-420_17. Poonisherki („Evil Bong: High 5″)

Seksowne przedstawicielski plemienia Poontang pojawiały się regularnie w każdym filmie od czasów „dwójki”. W „piątce” jednak mamy do czynienia z okrutnymi Poonisherkami, torturującymi Sarę Leigh i Velicity. Aczkolwiek tortury wcale nie są tak oczywiste, polegają bowiem na uwodzeniu i ocieraniu się nagimi ciałami o nasze nieskalane dziewice.

Evil-Bong-High-5_26. Ciasteczkowy sąd nad Gingerdead Manem („Gingerdead Man vs. Evil Bong”)

Zanim Gingerdead Man stał się dość pozytywnym bohaterem serii był okrutnym mordercą zaklętym w ciało ciasteczkowego ludzika. W świecie Evil Bonga odbył się jednak nad nim sąd, a oskarżały go inne gadające słodkości, jak babeczka nadzieniem i tort czekoladowy.

gingerbong55. Tommy Chong bawi się resorakami z dziewczynami topless („Evil Bong”)

Największą gwiazdą pierwszej części „Evil Bong” jest niewątpliwie Tommy Chong i to jego marzenie jest najdziwniejsze spośród wszystkich realizowanych w świecie Evil Bonga. Otóż będąc otoczonym czterema pięknymi, roznegliżowanymi paniami, zabawia się swoją kolekcją resoraków. Szczęściarz!

Evil-Bong4. Zamienienie Rabbita w skręta („Evil Bong 2: King Bong”)

Zanim Rabbit wyrósł na przodownika serii, plątał się za głównymi bohaterami i stawał się ofiarą knowań diabelskiej fajki wodnej. Kiedy trafił do świata King Bonga w sercu południowoamerykańskiej dżungli, został srogo ukarany za swój słaby charakter, a mianowicie zamieniono go w skręta. Może nie było to tak efektowne, jak w „Strasznym filmie 2″, ale na pewno bardzo nieoczekiwane.

Evil_Bong_2_King_Bong_33. Carrie na wrotkowej dyskotece („Gingerdead Man 3: Saturday Night Cleaver”)

Generalnie spośród omawianych tu filmów trzecia część serii o Gingerdead Manie jest najbardziej zjadliwa i autentycznie śmieszna. Jednym z najbardziej poronionych i jednocześnie genialnych pomysłów, jakie się w niej pojawiają jest odwzorowanie losów Carrie (tu zwanej Cherry) z powieści Stephena Kinga, tyle, że w rytmie disco na dyskotece, gdzie jeździ się na wrotkach.

Gingerdead-Man-3_32. Gingerdead Man jako Hannibal Lecter („Gingerdead Man 3: Saturday Night Cleaver”)

I kolejna perełka z „trójki” „Gingerdead Mana”, a mianowicie jego początek, który stanowi parodię „Milczenia owiec”. Obowiązkowo ciastek jest przywiązany, a na twarzy nosi maskę. Podobieństw jest jednak więcej, łącznie z jednym z pensjonariuszy, twierdzącym, że czuje… hm… muffinkę Clarice Starlin… przepraszam, Cralissy Darling.

Gingerdead-Man-3_11. Ukrzyżowanie Gingerdead Mana („Gingerdead Man 2: The Passion of the Crust”)

I nasz zwycięzca, czyli ze wszech miar obrazoburcze ukrzyżowanie Gingerdead Mana, wieńczące „dwójkę”. Przesadzone? Jak najbardziej, ale przy okazji ekstremalnie odjechane!

Gingerdead-Man-2_3Pi

DOM W GŁĘBI LASU (2012)

„The Cabin in the Wood”
reż. Drew Goddard

Dom-w-glebi-lasuMiałem pisać o „Evil Bong 666″, ale dopadła mnie śmiertelna choroba, która sprawia, że mężczyźni czują się jedną nogą na tamtym świecie, a mianowicie przeziębienie. Obawiam się, że seans tego filmu w takich warunkach doprowadziłby do rychłego pożegnania się z tego łez padołem. Dlatego dziś będzie o produkcji o niebo lepszej, która w przeciwieństwie do wątpliwego dzieła Charlesa Banda, potrafi podreperować samopoczucie, czyli o „Domu w głębi lasu”.

Piątka znajomych wyrusza do wynajętego tytułowego domu w głębi lasu. Nie zdają sobie sprawy, że pakują się w śmiertelną pułapkę i stale są obserwowani przez… nie, żadnego Leatherface’a, czy innego Jasona, a lekko zblazowanych urzędników w koszulach pod krawatem. Nie oznacza to jednak, że przez to są bezpieczniejsi.

Dom-w-glebi-lasu_1Przemoc: – 5
Śmieszna sprawa z tą przemocą w niniejszym filmie. Praktycznie przez większość ekranowego czasu, nawet jeśli ktoś umiera, raczej nie jest to pokazywane ze szczegółami godnymi prac Toma Saviniego. Jednak kiedy dochodzimy do finału orgia krwi się rozpoczyna. Posoka dosłownie tryska fontannami, a rozrywane członki miotane są po ekranie. Bez wątpienia jest to jeden z najmocniejszych zakończeń w historii kinowego horroru.

Nagość: – 1
Ponieważ koncepcja filmu opiera się na zgranych schematach, a główni bohaterowie odgrywają stereotypowe role młodzieżowej ekranowej grozy – obok porządnej dziewczyny, mądrali, głupka i lowelasa, obowiązkowo musi znaleźć się również miejsce dla wyzwolonej i nie grzeszącej inteligencją blondynki, która z chęcią pozbywa się swych ubrań. Tu ta rola przypadła Annie Hutchinson i to właśnie jej wdzięki możemy przez moment podziwiać w pełnej okazałości.

Dom-w-glebi-lasu_2Wulgarność: – 3
Powyższy akt naturyzmu ma miejsce w czasie namiętnej sceny seksu z bohaterem granym przez samego Thora, czyli Chrisa Hemswortha. Choć nie mniejsze wrażenie robi uwodzicielski taniec przy trofeum z głowy wilka. Poza tym mamy trochę wulgaryzmów i obcesowych tekstów, ale te należą głównie do podglądających młodzież „panów z korporacji”.

Obrazoburczość: – 3
Choć „Dom w głębi lasu” jest zasadniczo parodią klasycznych horrorów, wywracającą do góry nogami tradycyjne schematy, to jednak jego finał daleki jest od szeroko pojmowanego humanitaryzmu. Mógłbym szerzej omówić ten wątek, ale w ten sposób całkowicie zepsułbym frajdę oglądania osobom, które nie miały jeszcze przyjemności sięgnięcia po niniejszą pozycję.

Dom-w-glebi-lasu_3Niesmaczna przyjemność: – 5
Najmocniejszą stroną filmu jest oczywiście jego przewrotność, którą docenić mogą przede wszystkim starzy wyjadacze kina grozy. Jeśli więc nie jesteście wielkimi fanami i po prostu chcecie zerknąć na przerażającą historię, odradzam ten seans. Trudno bowiem znaleźć tu prawdziwą grozę, zwłaszcza w dysonansie zestawienia zagubionej, walczącej o życie młodzieży z rozrywkowym życiem ich podglądaczy. A jednak całość wciąga, zwłaszcza, że widz w pewnym momencie nie ma absolutnie pomysłu na to, jak cała ta kabała może się zakończyć. Wreszcie mamy też wspomnianą końcówkę w klimacie ekstremalnego gore.

Średnia zła: 3,4
Nie wiem jak będzie z tym „Evil Bongiem 666″, ale z racji rozpoczętych wakacji, trzeba przestawić się na coś bardziej klasycznego i rozrywkowego. Od przyszłego tygodnia anonsuję więc nowy cykl filmowy, który mam nadzieję pomoże mi (i Wam) przetrwać tę trudną porę roku, jaką jest lato.


Pi

EVIL BONG: HIGH 5 (2016)

„Evil Bong: High 5″
reż. Charles Band

Evil-Bong-High-5Kiedy wydawało się, że ostatnia część „Evil Bong” jest tak zła, że już gorszej nakręcić nie można, Charles Band stanął na wysokości zadania. Trudno w to uwierzyć, ale „High 5″ jest znacznie słabsza od „420″. Mam wrażenie, że te filmy ogląda już tylko rodzina Banda, by mu zrobić przyjemność i ja, bo nikt inny chyba nie skazałby się dobrowolnie na taką dawkę masochizmu.

Uwięzieni w świecie Złego Bongosa Rabbbit, Larnell, Sarah Leigh, Velicity i Gingerdead Man bezskutecznie podejmują kolejne próby ucieczki. Zniecierpliwiona tym Evil Bong składa im propozycję – uwolni panów by zdobyli dla niej milion dolarów, dzięki którym wprowadzi w życie plan opanowania świata. Dziewczyny natomiast zostawi pod opieką seksownych Poonisherek w charakterze zakładników.

Evil-Bong-High-5_1Przemoc: 0
To chyba pierwszy taki przypadek w historii Krainy Niesmacznej Przyjemności, ale na prawdę w tym filmie nie ma ani grama przemocy. Jest za to dużo gadania o niczym. Przy okazji okazuje się, że jedyny trup pojawiający się w poprzednim odcinku wcale trupem nie został (chodzi o rednecka dźgniętego włócznią w oko przez pigmeja z filmu „Ooga Booga”).

Nagość: – 4
Może i nagich piersi nie ma tu tyle, co w „420″, ale i tak w zasadzie tylko dla nich warto sięgnąć po „High 5″. Tym razem również należą do aktorek filmów dla dorosłych – Raylin Joy, Adriany Sephory i Cameron Dee. Aha, jest jeszcze znana z poprzedniej części miłość Gingerdead Mana Rorie Moon.

Evil-Bong-High-5_2Wulgarność: – 5
W tej kategorii zawsze się sporo działo. Tym razem poza wulgaryzmami i insynuacjami mamy wyjątkowo obleśną wieśniarkę, która zrobi na prawdę dużo by zarobić na porcję zielska; są lubieżne Poonisherki, które w wyuzdany sposób próbują zniewolić Sarę i Velicity; wreszcie jest też mokry koszmar Gingerdead Mana, w którym Rorie Moon zabawia się z pigmejem z „Ooga Booga”.

Obrazoburczość: – 2
Tradycyjnie już scenariusz nie trzyma się kupy, ale sposób na zdobycie miliona dolarów jest co najmniej grzeszny (wiąże się z krętactwem, narkotykami i… w niektórych przypadkach… seksem). Chyba to miało być zabawne, ale to tylko moje podejrzenie, bo w czasie seansu nawet raz nie zdarzyło się by choć drgnęły mi kąciki ust.

Evil-Bong-High-5_3Niesmaczna przyjemność: – 1
Jest tak źle, że o tyle, o ile jakieś poprzednie części cyklu mógłbym polecić co bardziej odważnym widzom, tak tę odradzam nawet im. Jest nudno, powtarzalnie i nieśmiesznie. Poza tym ponownie spotykamy się z plejadą denerwujących postaci znanych z poprzednich części (jest nawet dawno niewidziany dziadek Ciryl). W „Allo, allo” się to sprawdzało. Tu nie!

Średnia zła: 2,4
Kiedy rozpoczynałem pisanie o „Evil Bongach” i „Gingerdead Manach” myślałem, że na „High 5″ się skończy. Niestety w międzyczasie pojawiła się jeszcze jedna odsłona serii. Charles Band po prostu nie zna litości.


Pi

EVIL BONG 420 (2015)

„Evil Bong 420″
reż. Charles Band

Evil-Bong-420Jedynym uzasadnieniem, jakie potrafię wymyślić, powstania czwartej części „Evil Bong” jest możliwość wykorzystania w tytule liczby 420 – nieformalnego symbolu palaczy marihuany. To chyba wystarczy za rekomendację…

Uwięziony na własną prośbę w Bong World Rabbit odkrywa, że to nie on kreuje rzeczywistość wokół siebie, a przyjemności mają jedynie odwrócić uwagę od wysysania z niego energii życiowej. Podstępnie ucieka więc, kradnąc pokaźną ilość marihuany. Dzięki pieniądzom na niej zarobionych może zrealizować swoje marzenie – otwiera kręgielnię topless. Evil Bong rusza za nim w pogoń. Do poszukiwań przyłącza się również Gingerdead Man, któremu znudziły się już łatwo dostępne rozrywki w świecie Bonga.

Evil-Bong-420_1Przemoc: – 1
Uwaga! W filmie pada tylko jeden (słownie: jeden) trup! I to wcale nie w wyniku niecnych zapędów Evil Bong czy Gingerdead Mana, a kukiełkowego pigmeja, który wpadł tu na gościnne występy z innego filmu Charlesa Banda – „Ooga Booga”.

Nagość: – 5
Tym razem reżyser poszedł po bandzie (ha, ha – Band po bandzie) i o ile się nie mylę tylko trzy aktorki mające do wypowiedzenia jakąś kwestię nie występują tu topless. Są to Jinhee Joung, czyli Pani G., wyjątkowo irytująca turystka z Japonii, Robin Sydney, grająca Sarę Leight (czyli swoją postać z serii „Gingerdead Man”, nie „Evil Bong”) i… a tu niespodzianka – Mindy Robinson, która w „Gingerdead vs. Evil Bong” nie była tak nieśmiała. Natomiast wśród pań, które nie mają oporów w pokazywaniu swych często poprawianych chirurgicznie wdzięków, wprawne oko miłośnika filmów dla dorosłych dostrzeże kilka znajomych twarzy: Tanya Tate, Nina Elle i Janice Griffith.

Evil-Bong-420_2Wulgarność: – 4
Poza tym, że film opowiada o jaraniu zielska i kręgielni topless to prawie do niczego nie można się przyczepić. Prawie… Ocenę winduje bowiem scena, kiedy Gingerdead Man uprawia seks z dziewczyną z ekipy Rabbita, finiszując obficie bitą śmietaną.

Obrazoburczość: – 1
Tradycyjnie już za najbardziej obrazoburczy element „Evil Bonga” należy uznać to, że twórcy traktują widzów jak kretynów, ale w gruncie rzeczy to już czwarta część (nie licząc crossovera z „Gingerdead Man”) serii i sięgający po nią powinni wiedzieć, czego się spodziewać. Zwróciłbym jednak uwagę na wyjątkowo pogodny element, jaki się tu pojawia, a mianowicie coś z pacyfistycznym przesłaniem – trawestacja hasła „make love not war”. Inna sprawa, że dzieje się to za sprawą Rabbita, który kłócących się ze sobą odurza oparami marychy, po czym zaczynają pałać do siebie miłością.

Evil-Bong-420_3Niesmaczna przyjemność: – 1
Najpierw plusy: „420″ to chyba pierwszy odcinek „Evil Bong” z zaskakującym zakończeniem. Zanim jednak do niego dotrzemy musimy pokonać morze absurdu i całkowicie nieśmiesznych gagów, opierających się w głównej mierze na nagości. Dobrze chociaż, że całość nie trwa nawet godziny, dzięki czemu uniknęliśmy przeciąganych na siłę, smętnych dialogów.

Średnia zła: 2,4
Kolejne odcinki „Evil Bong” zaczynają przypominać kiepski sitcom, w którym muszą pojawić się stałe elementy, co niestety nie wpływa pozytywnie na odbiór całości. Nie przeszkadza mi ani Larnell, ani któraś z postaci granych przez Robin Sydney, ale robienie z Rabbita głównego bohatera jest męczące. Tak samo jak powracający niczym czkawka całkowicie nieśmieszni japońscy turyści, czy koleś z twarzą świni. Co za dużo to niezdrowo.


Pi

GINGERDEAD MAN VS. EVIL BONG (2013)

„Gingerdead Man vs. Evil Bong”
reż. Charles Band

gingerdead-man-vs-evil-bongW momencie, kiedy wydaje się, że już nic głupszego, niż serie filmów o ciasteczkowym zabójcy Gingerdead Manie i o opętanej przez złe moce fajce wodnej, nie da się wymyślić, wytwórnia Full Moon i reżyser Charles Band stanęli na wysokości zadania. Otóż połączyli obie pozycje pod wspólnym tytułem „Gingerdead Man vs. Evil Bong”.

Larnell postanowił odciąć się od przeszłości. Zarzucił znajomość z kolegami ze stancji, otworzył własny biznes i handluje obecnie fajkami wodnymi. Przy okazji jest strażnikiem niebezpiecznego Evil Bonga. Całkiem przypadkiem obok jego sklepiku ma piekarnię Sarah Leigh, czyli dziewczyna, przez którą pośrednio psychopatyczny morderca Millard został zaklęty w Gingerdead Mana. W czasie kiedy Larnell stara się nawiązać współpracę biznesową z Sarą, piernikowy ludzik wyrusza by krwawo się zemścić na dziewczynie, natomiast dobrze nam znany Rabbit uwalnia fajkę.

gingerdead-man-vs-evil-bong_1Przemoc: – 2
Gdyby nie obecność Gingerdead Mana ponownie nie mielibyśmy o czym mówić w tym punkcie. Evil Bong bowiem aż tak skora do masakry nie jest. Niemniej na rozlew krwi nie mamy co liczyć. Na ekranie widzimy bodajże trzy trupy, którym nie wyszło na dobre spotkanie z narzędziami ciętymi, jak nóż i siekiera. Jednak do maestrii Jasona Voorheesa, czy Michela Myersa ciastkowi daleko.

Nagość: – 4
A tu jest na odwrót. To w „Evil Bongach” zawsze było więcej golizny, niż w „Gingerdead Manach”. I to by się zgadzało, bo w ramach retrospekcji pokazano nam chyba wszystkie nagie panie pojawiające się w świecie Bonga (czyli kolejno – striptizerki w klubie, atrakcyjne dzikuski z plemienia Poontang i wreszcie ozdobione bodypaintingiem podwładne Alien Bonga). Tu dochodzą kolejne trzy niewiasty, które najpierw na tropikalnej wyspie zabawiają Gingerdead Mana, a następnie pojawiają się w wykreowanym przez Rabitta halucynogennym świecie rozpusty. Na tle ich silikonowych walorów (zwłaszcza Mindy Robinson i Masuimi Max) pojawiająca się w międzyczasie roznegliżowana Victoria Levine wypada dość blado.

gingerdead-man-vs-evil-bong_2Wulgarność: – 5
Równie wiele można powiedzieć, jeśli chodzi o wulgarność. Przede wszystkim prawie każdy używa bardzo kwiecistego języka, a przewodzą w tym oczywiście Gingerdead Man i Evil Bong (choć inni starają się im dzielnie dotrzymać kroku). Ponad to widzimy cały szereg nieprzyzwoitych zachowań (numerek na zapleczu piekarni, odurzanie się różnego rodzaju substancjami), choć i tak wszystkich przebija onanista, który specjalnie karze sobie podać w cukierni ciastko przy szybie na wysokości jego krocza, by osiągnąć spełnienie. Ciekawie również wygląda wizualizacja rozkoszy Rabitta w skład której wchodzi na przykład ogromna ściana zbudowana z kobiecych piersi.

Obrazoburczość: – 1
Tym razem nie ma żadnych ukrzyżowanych ciasteczek, ani Jezusów palących jointy. Jak na możliwości obu serii jet więc grzecznie i oczywiście bezdennie głupio.

gingerdead-man-vs-evil-bong_3Średnia zła: – 2
Mimo wszystko przyznam się, że spodziewałem się czegoś więcej. Po dwóch odjechanych kontynuacjach „Gingerdead Mana”, ta część wydaje się całkiem normalna. Niestety całość poszła w stronę mniej wyszukanego scenariusza znanego z „Evil Bongów”. Szczęśliwie film nie jest za długi (z czego dwadzieścia pierwszych minut zajmuje streszczenie dotychczasowej akcji) i znalazło się w nim kilka mało wyszukanych smaczków, jak chociażby spotkanie Sary z Luann, które to role odtwarza przecież jedna aktorka – Robin Sydney. Również ciasteczkowy sąd nad Gingerdead Manam jest niezłym patentem. W efekcie film nawet nadaje się do oglądania, choć Charles Band robił wszystko, by utrudnić jego odbiór.

Średnia zła: 2,8
Na koniec chciałem zwrócić uwagę na to, że tak na prawdę nie jest to pierwsza produkcja, w której spotykają się Gingerdead Man i Evil Bong. W debiucie serii o złym bongosie, kiedy bohaterowie w halucynogennej wizji lądują w nocnym klubie, zagląda do niego również ciasteczkowy morderca, migając przez chwilę na ekranie.


Pi

EVIL BONG 3-D: THE WRATH OF BONG (2011)

„Evil Bong 3-D: The Wrath of Bong”
reż. Charles Band

Evil-Bong-3DPo seansie trzeciej części perypetii Złej Fajki Wodnej „Evil Bong 3-D: The Wrath of Bong” zacząłem poważnie zastanawiać się nad tym, co robię ze swoim życiem. Film ten nie jest bowiem wart poświęcenia mu ani jednej minuty z tych osiemdziesięciu sześciu, które trwa. A wszystko to w technice 3D.

W statku kosmicznym, który przypomina meteoryt ląduje na Ziemi przybysz z innego świata – futurystycznie wyglądający bongos. Jego celem jest wyssanie esencji życiowej mieszkańców naszej planety. Znajduje go pewien psychiczny żonobójca i postanawia spieniężyć, zanosząc do sklepu z „leczniczą” marihuaną. Całkiem przypadkiem prowadzi go dwóch dobrze nam znanych niedoszłych absolwentów studiów nieokreślonych – Brett i Bachman. Gdy ten drugi nieopatrznie zaciąga się chmurą z Alien Bonga, zostaje uwięziony w kosmicznym świecie. Wkrótce dołącza do niego stary (dosłownie) znajomy Rabbit. Brett przy pomocy Alistara i Larnella (który teraz tropi spiski rządowe związane z UFO) postanawiają ich uratować.

Evil-Bong-3D_1Przemoc: – 1
Już w poprzednich częściach „Evil Bong” z przemocą było krucho. Tu jest jeszcze gorzej. Jedynym jej objawem jest sztuczne karate w wykonaniu Larnella, którym nokautuje dwie kosmiczne służące Alien Bonga.

Nagość: – 3
Tradycyjnie w majakach wywoływanych przez złego bongosa pojawiają się roznegliżowane panienki. Tym razem mają być one kosmiczne. Na tę okazję ucharakteryzowano je techniką bodypaintingu, używając do tego fluorescencyjnych farb. Niech będzie, tylko czemu ktoś założył, że kosmitki noszą figi? Warto zauważyć, że tym razem każda ma swój pseudonim, czyli są to kolejno Graffiti Chick, Devil Chick, Green Chick i Angel Chick (do tego dochodzi TV Girl wystawiająca ręce z ekranu telewizora, ale ona się nie liczy, bo jest ubrana).

Evil-Bong-3D_2Wulgarność: – 3
W sumie wulgarności jest tu mniej niż w poprzednich częściach. Mam wrażenie, że twórcom skończyły się pomysły na wyszukane przekleństwa (w końcu angielski nie jest tak pojemny w tym temacie jak polski), więc nawet dziadek Cyril (który tu robi za nawróconego hippisa) wypada blado. Niemniej koncepcja wysysania sił życiowych wraz z nasieniem zasługuje na docenienie w punktacji.

Obrazoburczość: – 2
Poza elementami stałymi, jak nazbyt lekkie traktowanie środków odurzających i obowiązkowe ujęcie figury ukrzyżowanego Chrystusa z jointem, tym razem doszedł jeden wątek, który śmiało możemy podpiąć pod obrazoburczy, a mianowicie przedstawienie księży w negatywnym świetle. Co prawda nie bardzo wiadomo, którego odłamu chrześcijaństwa pastorem został Rabbit, ale nie zmienia to faktu, że w „Biblii” chowa zielsko, by w cichości sobie zajarać.

Evil-Bong-3D_3Niesmaczna przyjemność: – 1
Jak tak to wszystko opisuję, to w zasadzie dochodzę do wniosku, że „Evil Bong 3-D” miał potencjał by zostać niezła komedią, powiedzmy na miarę „jedynki”, ale w praktyce jest bardzo źle. Przede wszystkim scenariusz jest drętwy, tak samo aktorstwo i „legendarne” efekty trójwymiarowe. Dużo gadaniny, mało akcji i nawet panie w kosmicznym bodypaintingu nie ratują sytuacji. Kolejny dowód na różnicę między filmem gównianym (pierwsza część), a po prostu do dupy (omawiana).

Średnia zła: 2
Generalnie „The Wrath of Bong” powinno definitywnie zamknąć serię o Złym Bongosie, bo jak widać drepcze w miejscu. Tym bardziej dziwi mnie, że Full Moon pokusił się o realizację jeszcze dwóch kontynuacji i jednego crossoveru z „The Gingerdead Man”. Niektórzy po prostu nie potrafią uczyć się na błędach.


Pi