GINGERDEAD MAN 3: SATURDAY NIGHT CLEAVER (2011)

„Gingerdead Man 3: Saturday Night Cleaver”
reż. William Butler, Silvia St. Croix

Gingerdead-Man-3Sam nie wiem, czy w przypadku „Gingerdead Man 3: Saturday Night Cleaver” mamy do czynienia z arcydziełem, czy wręcz przeciwnie. Ogrom absurdów na jakie możemy natknąć się w trakcie seansu jest tak porażający, że chodzący, morderczy ciasteczkowy ludzik wydaje się całkiem normalny. Jednocześnie jest to (jak na razie) najlepsza część cyklu.

Dobrze nam znany zabójca pod postacią piernikowego ludzika został wreszcie złapany i przetrzymywany jest, niczym Hannibal Lecter z „Milczenia owiec” w obskurnej celi w zakładzie psychiatrycznym (obowiązkowo przypięty pasami i w masce). Za towarzyszy ma… innych morderców przemienionych w ciastka. W wyniku akcji aktywistów, Gingerdead Man zostaje uwolniony. Uciekając trafia do pokoju, w którym naukowcy pracują nad maszyną do podróży w czasie. Postanawia z niej skorzystać i przenosi się do roku 1976, lądując we wrotkowym klubie disco. W rytm funkowych rytmów rozpoczyna na nowo krwawą wendettę.

Gingerdead-Man-3_1Przemoc: – 3
Jak na serię slasherów (choć dość nietypowych) „Gingerdead Many” nie epatowały przemocą. Tu szczęśliwie sytuacja jest uratowana, albowiem w pewnym momencie zlikwidowanych zostaje większość klubowiczów, za sprawą porażenia prądem. Szkoda tylko, że przedstawiono to w tak tandetny sposób. Oto kolejny dowód na to, że efekty komputerowe (zwłaszcza niskobudżetowe) nigdy nie będą wyglądały tak dobrze, jak analogowe. Nawet sceny, które powinny być istną orgią makabry, jak rozstrzelanie ludzi przy pomocy pistoletu na gwoździe, albo oblanie dziewczyn w bikini żrącym kwasem, nie robią odpowiednio niesmacznego wrażenia. Dlatego najbardziej widowiskowym efektem gore jest ten zrobiony po Bożemu – kiedy ciastek podcina ścięgna pewnemu klientowi korzystającemu z pisuaru.

Nagość: – 1
Twórcy filmu starają się za wszelką cenę ukryć jakiekolwiek oznaki nagości. Niemniej w czasie pewnego szalonego seksualnego trójkąta (w konfiguracji: dwóch panów i jedna pani) nie zawsze to się udaje. Plusy w tej kategorii należą się również za pokaz dziewczyn w bikini, które organizują zbiórkę na rzecz upadającej dyskoteki, myjąc w zamian samochody. A że bardziej się przy tym prężą, niż pucują karoserię, to szczegół.

Gingerdead-Man-3_2Wulgarność: – 4
W sumie najważniejsze kwestie omówiliśmy wyżej: mamy więc laski w bikini i trójkącik na zapleczu. Dodam jednak, że ten drugi nie należy do najprzyjemniejszych wizualnie, albowiem para upalona zielem, zapraszam do zabawy pewnego obleśnego, grubego sprzątacza, widząc w nim w malignie pięknego młodzieńca. Na deser (nomen omen) na samym początku, kiedy mamy do czynienia z parodią „Milczenia owiec”, będąca odpowiedniczką Clarice Starlin – Clarissa Darling zostaje obrzucona kremem przez jednego z sąsiadów z celi Gingerdead Mana. I poczęstowana tekstem: „czuję twoją muffinkę”. Przypomnijcie sobie, jak to wyglądało w oryginale.

Obrazoburczość: – 2
„Gingerdead Man 3″ jest filmem głupim, absurdalnym i w zasadzie nie kwalifikującym się do przyznania punktów w kategorii obrazoburczości, gdyby nie nagłe pojawienie się Adolfa Hitlera i Charlesa Mansona. Ja wiem, że poza tym, że odcisnęli oni niechlubne piętno w historii ludzkości, stali się również ikonami popkultury, niemniej zawsze mam mieszane uczucia, kiedy wykorzystuje się postacie tego kalibru w produkcjach czysto komediowych.

Gingerdead-Man-3_3Niesmaczna przyjemność: – 3
Bezapelacyjnie „Saturday Night Cleaver” jest najlepszą częścią poświęconą Gingerdead Manowi. Absurdów jest tu więcej niż w dwójce (choć fabuła wcale nie zyskała na mądrości), ale co ważniejsze dowcipy momentami są autentycznie śmieszne. Oczywiście przoduje tu cała sekwencja parodiująca „Milczenie owiec”, ale rozbraja także przedstawienie „Carrie” (tu jako Cherry) w konwencji disco na wrotkach. Szkoda tylko, że całość nie została lepiej zrobiona. Zwłaszcza te nieszczęsne efekty komputerowe zaniżają ocenę. Niemniej nie jest tak źle, jak wskazywałby tytuł (i plakat reklamowy).

Średnia zła: 2,6
Dobrym podsumowaniem filmu i chorego poczucia humoru twórców jest to, że dwie uczestniczki imprezy noszą imiona Yoko i Ono.


Pi

OBCY: PRZYMIERZE (2017)

„Alien: Covenant”
reż. Ridley Scott

Obcy-PrzymierzeMiałem dziś pisać o filmie „Gingerdead Man 3″, ale z racji wczorajszego wypadu do kina na „Obcego: Przymierze”, będzie o nim. A to dlatego, że mierżą mnie negatywne opinie oczerniające tę produkcję. Mi się bardzo podobała i mówię to, jako fan serii, który rzuca cytatami z pierwszej i drugiej części na wyrywki. „Prometeusz”, choć też niezły, trochę odstawał od reszty sagi, ale „Przymierze” spokojnie można postawić obok „trójki” i „czwórki”, a mam wrażenie, że z czasem może nawet zyskać.

Załoga statku kosmicznego „Przymierze” przewożącego ponad dwa tysiące kolonistów ląduje na planecie, które wydaje się rajem. Złudzenia szybko mijają, kiedy okazuje się, że kilku członków ekspedycji zostaje zakażonych niebezpiecznymi zarodnikami w wyniku których w ich organizmach rozwijają się niezwykle agresywne formy życia (tak zwane neomorphy). Ocalałych ratuje jedyna istota inteligentna zamieszkująca planetę – David, czyli android, były członek załogi „Prometeusza”.

Obcy-Przymierze_1Przemoc: – 4
Wiadomo, że jak mamy do czynienia z filmem o Obcym, krew musi się lać. Tak jest i w tym wypadku. Mamy więc efektowne zagryzanie przez stwory członków załogi „Przymierza”, ale także malownicze, obowiązkowe wykluwanie się alienów z osób zainfekowanych. Warto w tym miejscu dodać, że poza tradycyjnym przebiciem się przez klatkę piersiową (któremu towarzyszy fontanna krwi), widzimy też inne możliwości opuszczenia żywiciela – na przykład przełykiem lub przez plecy.

Nagość: 0
Teoretycznie mamy scenę pod prysznicem, ale tak sfilmowaną, że nic nie widać, nawet pobieżnie. Nie jest to jednak zaskoczenie, ponieważ nagość raczej jest obca „Obcemu”.

Obcy-Przymierze_2Wulgarność: – 2
Dodajmy, że pod tym prysznicem niegrzecznie zabawiało się dwóch członków załogi. Swoją drogą, to mają nerwy, skoro chciało im się po tak dramatycznych wydarzeniach, jakich przed chwilą byli świadkami (choć i tak wyszło lepiej, niż w „Prometeuszu”, gdzie załoga sprawiała wrażenie bardzo wygłodniałej seksualnie). Poza tym na konto wulgarności można zapisać kilka soczystych przekleństw i tyle w temacie.

Obrazoburczość: – 2
„Prometeusz” wprowadzał nowy temat do serii, a mianowicie kwestię tego, że życie na Ziemi – a więc również i ludzkość – jest dziełem innych inteligentnych istot (zwanych Inżynierami). I chyba nie za bardzo im się spodobaliśmy, bo przygotowali plan unicestwienia swojego dzieła. Jak wiemy wymknął im się spod kontroli. W „Przymierzu” kontynuujemy ten wątek, ale uzupełniamy go o ciekawe szczegóły. Inżynierowie schodzą niejako na drugi plan, ponieważ tu ich rolę zajmuje ludzkość, konstruując sztuczną inteligencję, którą jest David. Czynimy go doskonalszym od siebie, co jest wytknięte już na samym początku. I tak jak Inżynierowie uznali nas za zagrożenie, my uznajemy jego. W efekcie tego otrzymujemy kilka intrygujących pytań – czy zgodnie z prawami ewolucji nasze dzieło może zniszczyć nas, wypierając, jako gatunek przestarzały? Ewentualnie czy dając wyobraźnię i możliwość tworzenia androidowi, ale pozbawiając go duszy nie zakładamy sobie sami pętli na szyję? To wszystko rozważania nie tak odległe od „Łowcy androidów”, czy „2001: Odysei Kosmicznej”.

Obcy-Przymierze_3Niesmaczna przyjemność: – 5
„Przymierzu” zarzuca się wtórność, ale wydaje mi się, że mamy tu do czynienia ze świadomymi nawiązaniami do pierwszego „Obcego”. Nie wierzę, że Ridley Scott cyniczne wykorzystał niemal identyczne sceny ze swojego kultowego dzieła w celu przyciągnięcia widzów do kin. Traktuję więc to jako ukłon w stronę starych fanów. Nie przeczę, że kilka zagrań fabularnych dało się lepiej zrobić (chociażby to, że ekipa badawcza wyszła na obcą planetę bez hełmów ochronnych), ale nie dajmy się zwariować, to nie film dokumentalny, a rozrywkowy. Dlatego też po dość długim wprowadzeniu akcja nabiera tempa i momentami wręcz wgniata w fotel. Bardzo mnie również cieszy zastosowanie efektów komputerowych tam, gdzie ich miejsce – krótko mówiąc nie wypełniają one każdego kadru, a zdarzają się nawet momenty, kiedy wcale się nie pojawiają, co w obecnych czasach wcale nie jest takie oczywiste. Uwielbiam ten scottowski klimat dusznego statku kosmicznego, jakże inny od festiwalowych nowych „Gwiezdnych wojen”. Wreszcie mamy również ciekawych głównych bohaterów. Wiadomo, że David i jego odpowiednik z „Przymierza” Walter (w obu rolach świetny Michael Fassbender) to najważniejsze postacie. Niemniej interesująco wypada ewolucja Daniels, której z początku nie dostrzegamy, potem potrafi drażnić, by pod koniec trzymać za nią kciuki. Dlatego też wydaje mi się, że dziś malkontenci ostro dokładają nowemu „Obcemu”, ale z czasem się obroni, tak jak stało się to z „trójką” i potwornie hejtowanym „Przebudzeniem”, które osobiście bardzo cenię za klimat i wyobraźnię twórców.

Średnia zła: 2,6
Jedno co mnie drażni, to to, że w trailerach pokazano świetną scenę budowania Waltera, której zabrakło w filmie, a także szybko zaprezentowano w jaki sposób Elizabeth naprawiła Davida. Pewnie oba wyjdą w rozszerzonej wersji na DVD. Niemniej to denerwujące, że idzie się do kina i nie otrzymuje się całości. Ja wiem, że i „Ósmy pasażer”, i „Decydujące starcie” również okrojono z rewelacyjnych scen, ale wtedy nie myślano o dodaniu ich na VHS, tylko tak miała wyglądać ostateczna wersja filmu.


Pi

EVIL BONG 2: KING BONG (2009)

„Evil Bong 2: King Bong”
reż. Charles Band

Evil_Bong_2_King_BongCharles Band chyba postawił sobie za punkt honoru, by każdy jego film miał kontynuację. Nawet jeśli na to ani trochę nie zasługuje. Tak było z „The Gingerdead Man”, po czym sytuacja powtórzyła się z „Evil Bong”. Różnica polega jednak na tym, że o ile produkcja poświęcona morderczemu piernikowemu ludzikowi w sequelu znacznie zyskała, to ta o śmiercionośnej fajce wodnej wręcz przeciwnie.

Larnell, Bachman i Brett – trzech współlokatorów z poprzedniej części – cierpi na zaburzenia po niefortunnym spotkaniu ze złym bongosem (jeden odczuwa nieposkromiony popęd seksualny, drugi senność, a trzeci głód). Jedynie Allistairowi nic się nie stało. Wszyscy udają się w niedostępne rejony Ameryki Południowej skąd pochodzi Evil Bong. Tam, poza ewentualny wybawieniem, czeka na nich kolejne niebezpieczeństwo, a mianowicie dzikie plemię Poontang, oddające cześć tytułowemu King Bongowi.

Evil_Bong_2_King_Bong_1Przemoc: – 1
Już w poprzedniej części cienko było z przemocą, ale teraz to całkowita przesada. Praktycznie jedynym przejawem agresji (poza słowną) jest moment, kiedy jedna z dzikusek Poontang zamachnęła się dzidą i trafiła w głowę dziadka Cyrila (tak, ten też się tu pojawia). W efekcie czego otrzymujemy chyba najmniej krwawy obraz w dotychczasowej, kilkuletniej historii Krainy Niesmacznej Przyjemności.

Nagość: – 4
Plemię Poontang zasadniczo składa się z czterech młodych, seksownych, poprawionych silikonem, chętnych kobiet, paradujących topless. Tak więc, choć przez większość filmu nagości brakuje, końcówka zdecydowanie nadrabia to niedopatrzenie. Warto dodać, że w rolę dzikusek wcielają się trzecioligowe aktorki porno, choć i tak bardziej utytułowane niż podstawowa obsada: Emilianna, August (nominowana do nagród AVN: 2004 rok w kategorii „najlepsza scena seksu w parze”; 2008 rok w kategorii „najlepsza aktorka drugoplanowa”; 2009 rok w kategorii „najlepsza scena seksu grupowego”), Kat (nominacje do AVN: 2006 rok w kategorii „najlepsza scena seksu analnego”, 2007 rok w kategoriach „najlepsza aktorka drugoplanowa” i „najbardziej oburzająca scena seksu”) i Ariel X (zdobyła mistrzostwo 6 sezonu Kink.com’s Ultimate Surrender – chodzi o kobiecy, nagi wrestling – we wrześniu 2009 roku).

Evil_Bong_2_King_Bong_2Wulgarność: – 4
W poprzedniej części najbardziej wulgarni byli Evil Bong i dziadek Cyril. W tej trudno wskazać lidera. Każdy opowiada takie bzdury przeplatane soczystymi tekstami, które z założenia mają być śmieszne, że uszy więdną. Nawet Cyril nie jest już tak imponujący jak poprzednio. Clou programu miało być chyba przekomarzania się Evil Bonga z King Bongiem, ale poza wulgaryzmami też słabo to wyszło. Aby dopełnić obrazu muszę jeszcze wspomnieć o uwiedzeniu przez dwie tubylczynie pewnego antypatycznego dziadka i biednym Larnellu, który zaspokaja chuć kopulując z czym popadnie (np. pachą grubego Bretta i deskorolką).

Obrazoburczość: – 2
Tym, co najbardziej godzi w moralność i niezachwianego ducha w tym filmie, to sam fakt, że w ogóle powstał. Choć trzeba przyznać, że o ile w poprzedniej części można było doszukać się drobnego przesłania, iż jaranie zioła szkodzi, tak tutaj jest wręcz przeciwnie. Tyle tylko, że najlepiej zaopatrzyć się w jak najbardziej czysty surowiec, najlepiej w tym celu jadąc do Ameryki Południowej (siłą wdzierając się na tereny dziewiczej puszczy, wchodząc z butami w życie miejscowego plemienia – Wojtek Cejrowski miałby tu używanie).

Evil_Bong_2_King_Bong_3Niesmaczna przyjemność: – 1
Jest bardzo źle. Niby zachowano absurdalny charakter „jedynki”, ale tym razem nie daje się tego oglądać. Teksty pisane są na siłę, a fabuła nawet nie jest śmieszna. O tym, że jakiś ogród botaniczny gra tu południowoamerykańską puszczę nawet nie będę wspominał. W każdym razie tym gadaniem o niczym, które zajmuje 99% ekranowego czasu potwornie się zmęczyłem i choć film nie należy do długich (niecałe półtorej godziny) i tak nie wiedziałem, czy dam radę go pokonać. W całym stosie minusów da się odnaleźć tylko dwa plusy. Pierwszym jest to, że popracowano nad tym, by Evil Bong w czasie mówienia markował ruszanie ustami (nie dotyczy to jednak King Bonga). Drugim natomiast koncepcja by tym razem w ramach opętania związanego z paleniem, zawinięto jednego klienta w ogromnego skręta. Powiedzmy, że było to zabawne. Choć i tak wszystkich kasuje King Bong swoim tekstem: „Boom Schaka Laka Bitch”.

Średnia zła: 2,4
W sumie to jednak smutne, jak kończą idole dzieciństwa. Pomijam już fakt, że Charles Band był producentem „Władcy lalek” i „Ghoulies”, ale Domonic Muir jest przecież współodpowiedzialny za scenariusz do „Critters”. Horror.


Pi

GINGERDEAD MAN 2: THE PASSION OF THE CRUST (2008)

„Gingerdead Man 2: The Passion of the Crust”
reż. Silvia St. Croix

Gingerdead-Man-2Wydawać by się mogło, że „Gingerdead Man” nie powinien doczekać się kontynuacji, albowiem nawet jak na pozycję kina klasy Z wypada wyjątkowo słabo. Tym bardziej zaskakujące jest, że jego kontynuacja ogląda się o niebo lepiej!

W niewytłumaczalny sposób Ciasteczkowy Morderca nie zginął pod koniec poprzedniego odcinka i zostaje podstępem podrzucony do wytwórni ultratandetnych horrorów Cheatum Studios. Jak się jednak okazuje, magicznie wskrzeszony sadysta nie jest największym zmartwieniem kierownictwa tej niezwykłej placówki, albowiem boryka się ona z problemami finansowymi i zdecydowanym przerostem ego związanych z nią aktorów.

Gingerdead-Man-2_1Przemoc: – 4
Zmiana na stołku reżysera bardzo przysłużyła się tej części. W czasie kiedy Charles Band nie radził sobie z efektownymi scenami gore (a po prawdzie z niczym sobie nie radził), Silvia St. Croix zaserwowała nam kilka na prawdę krwawych smaczków. Tym razem morderstwa nie następują poza kadrem, a sikającej posoki jest momentami całkiem sporo (zwłaszcza w czasie słynnej sceny ukrzyżowania piernikowego ludzika).

Nagość: 0
Choć statystycznie druga część przygód Gingerdead Mana wypada lepiej niż pierwsza, jest jedna pozycja, w której są sobie równe, a mianowicie pod względem ukazania nagości. A w zasadzie braku jej ukazania, choć należy zaznaczyć, że w obsadzie pojawiła się jedna z królowych krzyku lat 80. Michelle Bauer, która swego czasu nie wstydziła się pokazywania swoich wdzięków. Choć zbliżała się wtedy do pięćdziesiątki, trzeba przyznać, że trzymała się nieźle.

Gingerdead-Man-2_2Wulgarność: – 5
Poziom sprośnych dowcipów również się podniósł. Tym razem nie tylko Ciastek serwuje teksty bogato ozdobione łaciną podwórkową, ale robi to większość rozgoryczonych aktorów związanych z Cheatum Studios. Poza tym otrzymujemy nawet scenę seksu (w końcu Michelle Bauer nie zatrudnia się ze względu na jej umiejętności aktorskie). Natomiast wszystko przebija sposób zabójstwa pewnego egzaltowanego aktora o skłonnościach homoseksualnych, któremu Ciasteczkowy Potwór robi przy pomocy rozgrzanej lokówki do włosów jesień średniowiecza z wiadomej części ciała.

Obrazoburczość: – 5
Twórcom należy się jakaś nagroda za inwencję. Ja bym nie wpadł na pomysł nagrania sceny ukrzyżowania Ciastka, a ta jest znakiem rozpoznawczym tej części. Jej naturalizm, połączony z tytułem (na własne potrzeby przetłumaczyłbym go jako „Pasja tupetu”, ale być może twórcom chodziło o bardziej tradycyjną „Pasję kruchej skórki”) musi być wysoko oceniony w naszym rankingu.

Gingerdead-Man-2_3Niesmaczna przyjemność: – 3
Pomimo wyżej wymienionych niesmacznych przyjemności tak na prawdę tym, co najbardziej wpływa na pozytywny odbiór „Gingerdead Man 2″, jest brak spinki towarzyszącej pierwszej części, wrzucenie na luz i cała masa autoironii. W końcu film o wskrzeszonym mordercy w ciele piernikowego ludzika nie różni się zbytnio od pokazanych w filmie absurdalnych zabójczych lalkach (mi najbardziej podoba się Shitforbrains), najeźdźcach z kosmosu, czy szalonych nekromancerach. O dziwo ta dawka niewyszukanego humoru wystarcza by łyknąć bezsensowny scenariusz, kiepskie efekty specjalne (Ciastek szczęśliwie wciąż jest kukiełką!) i marne aktorstwo.

Średnia zła: 3,4
W czołówce filmu widzimy plakaty filmów firmowanych przez Cheatum Studios. Nie wiem jak Wy, ale ja tam chętnie obejrzałbym większość z nich, że wymienię tylko: „Zombie Whores”, „Bionic Gorilla”, „Horror Dolls from Planet X” „Lingerie Model Death Camp” i „Sindbad and the Golden Bikini” (więcej nie udało mi się rozpracować).


Pi

EVIL BONG (2006)

„Evil Bong”
reż. Charles Band

Evil-BongPrzez cały seans „Evil Bong” zastanawiałem się dla kogo kręci się tego typu filmy. Ani on specjalnie śmieszny, ani straszny, ani mądry, ani dobrze zrobiony… Powstał chyba tylko po to by opisać go na łamach Krainy Niesmacznej Przyjemności, co niniejszym czynię.

Czwórka studentów-współlokatorów spędza radosny czas na spotkaniach z dziewczynami i jaraniu zioła (no, dobra jeden z nich tego wszystkiego nie robi tylko się – o dziwo – uczy). Pewnego dnia kupują z głoszenia wyjątkowo dużego bongosa. Choć sprzedający uprzedza ich, że jego używanie może się dla nich źle skończyć, nic sobie z tego nie robią. Niesłusznie, ponieważ fajka wodna jest opętana przez złe moce, a każdy kto z niej korzysta narażony jest na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Evil-Bong_1Przemoc: – 1
W momencie, kiedy mamy do czynienia z horrorem o wątpliwej fabule i równie nieudolnej, niskobudżetowej realizacji, tym co powinno przyciągnąć widzów powinny być krwawe efekty specjalne, jak to w latach 80. było w przypadku seryjnie produkowanych slasherów. W „Evil Bong” nawet tego brakuje. Co prawda mamy do czynienia z gryzącymi chłopaków stanikami z zębami (noszonymi przez seksowne niewiasty) i nawet ze dwa razy z ran sika krew, ale to zdecydowanie za mało by zrobić wrażenie na nawet średnio wyrobionym miłośniku niesmacznej przyjemności.

Nagość: – 4
Skoro nie przemoc, to może nagość? Tak, szczęśliwie na nią możemy liczyć. Po odurzeniu się buchem z diabelskiego bongosa trafiamy do jego świata, a mianowicie do nocnego klubu, w którym tańczą atrakcyjne, prawie całkiem nagie panie. A że wypełnione silikonem… cóż, w końcu to narkotyczny trip. A z początku wydawało się, że dostaniemy tylko roznegliżowane playmates, które obficie porozwieszali na ścianach studenci.

Evil-Bong_2Wulgarność: – 5
Jak łatwo się domyślić – głównym tematem filmu jest jaranie zielska i wokół niego krążą rozmowy. W przerwach mówi się o seksie. Tak więc wulgarności jest sporo. Choć trzeba przyznać, że i tak wszystko i wszystkich przebija wejście dziadka Cyryla (bogaty krewny jednego ze studentów). Przyjechał pochwalić się nową żoną i przy okazji tak zrugał leniwych chłopaków, że jego cytaty można stawiać na równi z tekstami ze „Sprzedawców” Kavina Smitha.

Obrazoburczość: – 1
W sumie przesłanie filmu jest ze wszech miar pozytywne – nie pal trawy, bo ci mózg wypali. Aczkolwiek mam dziwne wrażenie, że twórcom przyświecała wręcz odwrotna myśl.

Evil-Bong_3Niesmaczna przyjemność: – 2
To mógł być niezły film. Należało tylko popracować nad drobnymi elementami, takimi jak: efekty specjalne (Evil Bong nawet nie rusza ustami kiedy mówi), scenografią (akcja rozgrywa się tylko w dwóch lokalizacjach – pokoju studentów i nocnym klubie, co przywodzi na myśl albo sitcom, albo „Klan”) i przede wszystkim nad dowcipem, bo suchary serwowane z ekranu powodują zażenowanie, niźli uśmiech. Na palcach jednej ręki można policzyć udane greapsy (pod warunkiem, że dziadka Cyryla weźmie się tylko jako jeden). Niemniej i tak jest lepiej niż w omawianym tydzień temu pierwszym „The Gingerdead Man”, bo tu wyraźnie czuć, że całość została zrobiona z przymrużeniem oka, a tam wcale nie jest to takie pewne.

Średnia zła: 2,6
Fani wytwórni Full Moon i Charlesa Banda na pewno odnotowali fakt, że w świecie Evil Bonga pojawiają się postacie z innych produkcji tej kooperacji: „Trancers”, „Cmentarz lalek”, „Szatańskie zabawki” i oczywiście „The Gingerdead Man”.


Pi

THE GINGERDEAD MAN (2005)

„The Gingerdead Man”
reż. Charles Band

gingerdeadmanWielkanoc już się kończy, wszyscy na pewno pękają z przejedzenia, więc by elegancko zamknąć świętowanie, proponuję film o ciasteczku. Takim o morderczych skłonnościach, czyli „The Gingerdead Man”.

Niezrównoważony psychicznie Millard (Gary Busey) napada na cukiernię, zabijając właściciela i jego syna. Przeżyć udaje się tylko córce Sarze. Choć mordercę złapano i stracono na krześle elektrycznym, nie zakończyło to koszmaru dziewczyny. Nie tylko wciąż nie może pogodzić się ze stratą, a interes upada, ale do tego za sprawą podrzuconej przesyłki w magiczny sposób Millard odradza się w postaci… ciasteczkowego ludzika, który postanawia zemścić się na pozostałej przy życiu rodzinie cukierników.

gingerdeadman_1Przemoc: – 2
Jestem rozczarowany. Jakkolwiek głupi by nie był koncept „The Gingerdead Man”, dawało się go uratować feerią krwawych efektów specjalnych. Niestety z tymi jest krucho. Trupów jest niewiele, krwi również, a samych momentów morderstw na ekranie praktycznie nie widać. W sumie najbardziej obrzydliwie wygląda scena, kiedy jeden z cukierników nadgryza Millarda-ciastka. A wystarczyło sobie wcześniej obejrzeć „Laleczkę Chucky”, by wiedzieć, jak połączyć krwisty horror z mordercą ukrytym w miłym przedmiocie (choć oczywiście, ani Chucky, ani Millard-ciastko mile nie wyglądają).

Nagość: 0
Gdyby „The Gingerdead Man” powstał w latach 80. na pewno na ekranie pojawiłaby się jakaś roznegliżowana blondynka (by zginąć pod prysznicem), niestety premieira odbyła się na początku XXI wieku i nagości nie ma nawet za grosz. Ba, nie ma nawet nikogo w samej bieliźnie.

gingerdeadman_2Wulgarność: – 2
Tak jak w omawianej dwa tygodnie temu pierwszej części „Thankskilling”, ale nie tylko, najbardziej wulgarnym osobnikiem jest dziwaczny morderca, który sypie niewybrednymi tekstami. Niestety daleko mu do indyka, czy nawet starych, poczciwych crittersów. Niby mamy jeszcze wątek puszczalskiej blondynki, ale tu również całość wygląda tak, jakby nad wszystkim czuwała cenzura TV TRWAM.

Obrazoburczość: – 1
Choć ciasteczkowy morderca powstał w wyniku ingerencji czarnej magii, nie znajdziemy tu ani tajemnych rytuałów, ani nawet kawałka pentagramu. Tak po prawdzie nie wiadomo czemu Millard powrócił akurat w formie piernika, ani kto za to odpowiada. Jak rozumiem był to jedynie pretekst do tego, by zaprezentować oryginalną koncepcję.

gingerdeadman_3Niesmaczna przyjemność: – 1
Naprawdę byłem do tego filmu nastawiony pozytywnie i w żadnym razie nie odstraszał mnie morderca zaklęty w ciasteczkowego ludzika. Niestety srogo się zawiodłem. Można było podejść do tematu dwojako – albo w formie wygłupu, jak to zrobili twórcy „Thankskilling”, nabijając się z produkcji pokroju „Laleczki Chucky”, czy „Władcy lalek”; ewentualnie oddać hołd kinu klasy Z, tworząc mięsisty obraz na serio, gdzie bzdurną fabułę zamaskowano by hektolitrami posoki i sporą dawką nagości, niczym w „Grindhousie” Tarantina i Rodrigueza. Tak się jednak nie stało. W sumie nie wiadomo o co chodziło Charlesowi Bandowi, kiedy tworzył tego gniota. Ani w tym napięcia, ani sensu, ani nawet sympatycznych bohaterów. Całość natomiast realizacją przypomina „Klan”. Poza tym przez większość seansu zastanawiałem się, czemu Sarah z towarzyszami nie ucieka z piekarni, skoro wie, że poluje na nich duch Millarda, tylko uparcie próbuje z nim walczyć. Tak więc jedyny plus, jaki widzę w tej produkcji, to to, że nasz ciastek nie jest animowany komputerowo, tylko został zrobiony po Bożemu, jako paskudna lalka.

Średnia zła: 1,2
To wręcz niesamowite, ale „The Gingerdead Man” doczekał się dwóch kontynuacji i jednego crossoveru z innym filmem dla odważnych – „Evil Bong” (też w reżyserii Charlesa Banda). Jeśli starczy mi siły i samozaparcia, postaram się Was, Drodzy Czytelnicy, ostrzec przed tymi produkcjami (byłbym zdziwiony, gdybym miał któreś polecić).


Pi

THANKSKILLING 3 (2012)

„Thankskilling 3″
reż. Jordan Downey

Thankskilling-3To nie pomyłka – druga część „Thankskilling” jest opatrzona numerkiem „3″. To nie jedyny absurdalny żart twórców, na jaki natkniemy się w tej produkcji. Powiem nawet, że jest ich tyle, że od pewnego momentu seans staje się prawdziwą drogą przez mękę.

Po sukcesie „Thankskilling” twórcy rychło postarali się o kontynuację. Jej akcja działa się w kosmosie i reklamowana była hasłem „in space… no one can hear you baste” (dodajmy, że baste może oznaczać zarówno polewanie pieczeni sosem, jak i łojenie komuś skóry). Krytycy i widzowie (w całej galaktyce) jednoznacznie uznali ją za najgorszy film wszech czasów i postanowiono zniszczyć wszystkie jego kopie. Dowiedział się o tym nasz morderczy indyk, który postanowił odnaleźć choć jedną ocalałą płytę DVD. Zbieg okoliczności sprawił, że znajduje się ona w posiadaniu poszukującej mózgu pacynki i niejakiego wujka Donny’ego, twórcy automatu do natychmiastowego zamieniania żywych indyków w pieczeń na święto dziękczynienia i propagatora idei stworzenia parku rozrywki Thanksgiving Land.

Thankskilling-3_1Przemoc: – 2
Pierwsza część, choć cechowała ją spora prowizorka, obfitowała w krwawe epizody. Tu takich praktycznie nie ma. A najgorsze, że jeśli już takowe się pojawiają, dotyczą przeważnie uśmiercania postaci kukiełkowych. Najlepiej wyszła scena rozcięcia na pół wstrętnej żony indyka. Jest to jednak poziom zdecydowania niezadowalający z naszego punktu widzenia.

Nagość: – 1
Film reklamowany był hasłem: „nagie piersi w pierwszej sekundzie filmu” i obietnica została spełniona. Ponownie należą one do aktorki porno (z gatunku mature) Wandy Lust. Dodajmy, że wystają one ze specjalnie zrobionych wycięć w skafandrze kosmicznym (dziwne, że w NASA takie się nie przyjęły).

Thankskilling-3_2Wulgarność: – 5
Nie da się ukryć, że „Thankskilling 3″ to pozycja dla osób o absurdalnym, ale także często niewyszukanym poczuciu humoru. Obok scen będących wyższymi poziomami abstrakcji, jak chociażby indyk dosiadający mewy (która zresztą nabija się z niego, że ten mając skrzydła nie potrafi latać), seans obfituje w zdecydowanie mniej kulturalne żarty, typu robak-gej z kosmosu, który stymuluje analnie swojego robota (dla jasności – by za pomocą odbytu połączył się z kosmosem), szczury grające w grę polegającą na tym, że obwąchując się pod ogonami zgadują rodzaj sera, jaki jadły, czy indyk instalujący sobie w miejsce utraconego penisa piłę mechaniczną. A to tylko przykłady pierwsze z brzegu. Warto również dodać, że tym razem indyk wcale nie należy do najbardziej przeklinającej postaci w zestawie.

Obrazoburczość: – 1
Ponownie mamy do czynienia ze zgrywą, której nie towarzyszy żadna głębsza myśl. Tak więc jeśli czyjeś uczucia zostały urażone, to co najwyżej wiernych fanów „Ulicy Sezamkowej” ze względu na obelżywe traktowanie wszystkich kukiełkowych postaci (choć na przykład gadający worek na śmieci spokojnie mógłby zasilić ekipę Ciasteczkowego Potwora, stanowiłby piękny duet z tym zielonym z kosza).

Thankskilling-3_3Niesmaczna przyjemność: – 1
Szczerze mówiąc, gdyby seans zakończył się po 15 minutach, ponownie mielibyśmy do czynienia z arcydziełem. Niestety tak się nie stało. A im dalej w las tym było gorzej. Natłok absurdu, czczej gadaniny, męczących dowcipów i akcja, która momentami praktycznie umiera, sprawiają, że „Thankskilling 3″ robi się filmem nieoglądalnym. Około 50 minuty, kiedy zostało jeszcze drugie tyle, myślałem, że nie dam rady i skapituluję. Głównym zarzutem jest jednak to, że mam wrażenie iż twórcy bawili się lepiej niż widzowie. Ambicja stworzenia drugiego „Przedstawiamy Feeblesów” Petera Jacksona została niezrealizowana, a wykorzystanie lalek w tak dużym natężeniu powoduje irytację i jednocześnie sprawia, że nasz indyk, będący poprzednio motorem napędowym fabuły, tutaj znika gdzieś w tłumie. W sumie jedynym plusem niniejszej produkcji jest wciągająca muzyka w stylu electro.

Średnia zła: 2
Na koniec odnotujmy ciekawe nawiązanie do pierwszej części. Tam najbardziej absurdalną sceną była ta, kiedy indyk przebrał się za pewnego jegomościa, po prostu zdzierając mu skórę z twarzy i zakładając sobie. Tu z kolei bohaterowie zmuszeni są przebrać się za indyki, co robią przyprawiając sobie dzioby. Głupio to wygląda zwłaszcza w przypadku robaka z kosmosu.

Thankskilling-2

Pi

THANKSKILLING (2009)

„Thankskilling”
reż. Jordan Downey

thankskillingTwórcy horrorów zaskakiwali nas różnymi rzeczami, które siały spustoszenie wśród populacji. Mało jest jednak tak absurdalnych pomysłów jak śmiercionośny indyk, który rusza mordować białasów w Święto Dziękczynienia. Tak, „Thankskilling” to kwintesencja niesmacznej przyjemności.

W wyniku klątwy rzuconej w czasie pierwszego Święta Dziękczynienia przez wściekłego indiańskiego szamana Pierzastą Chmurkę, co 505 lata zmartwychwstaje morderczy indyk, który za cel bierze sobie każdego napotkanego białego człowieka. Pech chce, że akurat w miejscu jego powtórnych narodzin przymusową przerwę w podróży musi odbyć grupa przyjaciół, podążająca na święta do domu. Choć udaje im się przetrwać noc, nie oznacza to, że koszmar się skończył. Rządny krwi indyk udaje się za nimi w pogoń, obficie znacząc swój szlak śladami krwi.

thankskilling_1Przemoc: – 4
Choć trupów pojawia się całkiem sporo, to jednak amatorsko wykonane efekty gore pozostawiają sporo do życzenia. Nie mogę więc dać „Thankskilling” maksymalnej oceny w tej kategorii. Nie zmienia to faktu, że indyk wykazuje sporo inwencji w zadawaniu cierpienia, czy to przy pomocy siekiery, czy własnoręcznie (własnoskrzydle?) łamiąc kości i skręcając karki. Choć i tak najbardziej sadystyczne wydaje się zdarcie twarzy ze skóry ojca jednej z głównych bohaterek tylko po to, by samemu ją założyć i się za niego przebrać (a najlepsze, że nikt się nie zorientował).

Nagość: – 2
Początek filmu jest wielce obiecujący. Oto przez las biegnie pani z nagimi, obfitymi piersiami (w tej roli aktorka porno Wanda Lust). Niestety potem pod tym względem następuje posucha. Chyba, że kogoś podnieca nagi tors (i brzuch) zwalistego Billy’ego (moment, kiedy rozrywa na sobie koszulkę robi wrażenie).

thankskilling_2Wulgarność: – 5
Jeśli ktoś się jeszcze nie zorientował, to czas najwyższy powiedzieć to w prost: humor zaprezentowany w „Thankskilling” nie należy do najbardziej wyszukanych. Mamy więc dużo gadania o seksie, dowcipów fekalnych, mocnej łaciny i tym podobnych atrakcji (spory udział ma w tym indyk, wygłaszający swoje bon moty chropowatym, bezczelnym głosem). Z kulminacją w postaci sceny, w której ojciec Kirsten skarży się żonie: „- Ta kawa smakuje jak gówno! Zesrałaś się do niej? – Szczerze mówiąc tak, chcę cholernego rozwodu!”. Na tym tle gwałt dokonany przez indyka na jednej z jego ofiar wydaje się niewinnym wybrykiem.

Obrazoburczość: – 2
Ponieważ niniejsza produkcja została nagrana wyłącznie dla zgrywy nie można jej inaczej traktować, jak szczeniackiego wyskoku, nie ma sensu analizować jej przesłania. Mimo to poziom dowcipu jest czasem tak żenująco niski, że muszę dorzucić jedno oczko w tej rubryce.

thankskilling_3Niesmaczna przyjemność: – 5
Są dwie alternatywy. Albo mamy do czynienia z totalnym gniotem stworzonym przez półdebili, albo z absolutnym arcydziełem, którego autorami są geniusze w doskonały sposób potrafiący zabawić się stereotypami, szablonami i przekuć na swoją korzyść skromniutki budżet. Ponieważ jesteśmy w Krainie Niesmacznej Przyjemności, obstawiam tę drugą opcję. Bo patrząc na całość jak najbardziej obiektywnie, należy uczciwie stwierdzić, że sam indyk to mistrzostwo świata, a koncepcja scenariusza jest tak głupia, że wręcz fascynująca. A już podszywanie się przez indyka pod ojca głównej bohaterki to poziom abstrakcji równający się ze skeczami Monty Pythona.

Średnia zła: 3,8
„Thankskilling” cieszył się tak dużą popularnością wśród fanów niesmacznej rozrywki, że w 2012 roku powstała jego kontynuacja. Ponieważ nic nie jest tu normalne, oficjalnie w tytule podano, że jest to część trzecia, niejako ignorując fakt, że wcześniej powinna być druga. Ale w sumie nie jest to jakiś nowy pomysł. Myślę, że zerżnęli to od Mickiewicza i jego „Dziadów”.


Pi

SIOSTRZYCZKI ZE SPLUWAMI (2010)

„Nude Nuns with Big Guns”
reż. Jozeph Guzman

Siostrzyczki-ze-spluwamiFilm pod tytułem „Nude Nuns with Big Guns” (jednak „Siostrzyczki ze spluwami” nie jest tak nośne) nie mógł umknąć naszej uwadze i po prostu musiał znaleźć się w Krainie Niesmacznej Przyjemności. Zwłaszcza, że jest to nieślubne dziecko „Desperado”, „Maczety” (trailera znanego z „Grindhouse’a”, nie filmu, bo ten premierę miał później) i dowolnego filmu Quentina Tarantino.

Meksyk to kraj bezprawia, w którym rządzi ten, kto ma pieniądze i narkotyki. A ich największym wytwórcami są… instytucje kościelne. Księża prowadzą interesy z bezwzględnymi gangsterami pokroju Chavo, a zakonnice zmuszają do pracy przy produkcji amfetaminy. Krnąbrne za karę zostają wysłane do domów publicznych. Jedną z nich jest siostra Sarah. Ukarana za nie swoje przewinienie ledwo uchodzi z życiem, uprzednio będąc brutalnie gwałcona i szprycowana dragami. W malignie ma widzenie Boga, który nakazuje jej się zemścić na swoich oprawcach. Zaznaczając przy tym, że ma być bezlitosna. Przykazanie to stara się wypełnić jak najbardziej skrupulatnie.

Siostrzyczki-ze-spluwami_1Przemoc: – 5
Wiadomo, że kiedy chodzi o zemstę, to krwi będzie dużo. Szczególnie gdy zabiera się za nią wkurzona zakonnica. Trup ściele się gęsto i to nie tylko wśród tych złych. Choć z drugiej strony czy w zaprezentowanym świecie jest ktokolwiek dobry? Siostra Sarah nie szczędzi amunicji, ale i druga strona barykady jej nie ustępuje. Zdrada karana jest śmiercią, a najmniejsze przewinienie gwałtem i umieszczeniem w domu publicznym o malowniczej nazwie Cycuszkowy Migotek.

Nagość: – 5
Powiem tak – jeśli na ekranie pojawia się jakaś kobieta, możemy być pewni, że albo za chwilę zobaczymy ją nago, albo zaraz zginie. Ewentualnie jedno i drugie. Nie dotyczy to tylko obrzydliwej siostry przełożonej i starszej siostry Mary, ale o niej powiemy sobie w następnym punkcie. Tu natomiast na specjalną uwagę zasługuje nie tylko chętnie prezentująca swe wdzięki obsługa Cycuszkowego Migotka, ale także ukryta w kościele wytwórnia narkotyków, obsługiwana przez kompletnie rozebrane zakonnice pilnowane przez śliniących się drabów. Poza tym sama siostra Sarah nie przepada za habitem i nader często go zrzuca.

Siostrzyczki-ze-spluwami_2Wulgarność: – 5
Perwersja to po przemocy i nagości trzecie imię tego filmu. Czegoż tu nie ma – gwałty, gwałty w połączeniu z przemocą, gwałty zakończone śmiercią… a także: seks sado-maso, miłość lesbijska (w niej przoduje siostra Sarah), „nagi bilard” itp. Do tego niewyparzony język i najbardziej wulgarna scena w filmie, czyli łamanie ślubów milczenia siostry Mary, którą do mówienia zmusza przy pomocy swojego pokaźnego przyrodzenia niejaki Stojak.

Obrazoburczość: – 5
Tu również inaczej być nie mogło, jak z maksymalną ilością punktów. W końcu mamy tu bezwzględnych księży handlujących dragami i zajmującymi się prostytucją, nie mających nic wspólnego z miłosierdziem. A najgorsze, że wcale nie jest to inicjatywa oddolna, a nadzorowana przez kardynała. Wreszcie jest i nasza siostrzyczka ze spluwą, za nic mająca świętości i miłość bliźniego (oczywiście poza zakonnicą, w której się kocha).

Siostrzyczki-ze-spluwami_3Niesmaczna przyjemność: – 4
Przyznam, że dziwi mnie strasznie hejt z jakim spotkała się ta produkcja. Przecież jest nakręcona zgodnie z najlepszymi zasadami kina exploitation. Fabuła jest bzdurna, postacie przerysowane, idealnie wpasowane w swoje schematy, a ich kwestie zawsze twardzielskie. Ale przecież o to w tego typu produkcjach chodzi! Może kiepsko z aktorstwem, za to otrzymujemy całkiem niezły, pastiszowy klimat. Jedyne, czego mogę się czepić to jednak dość ślamazarnej reżyserii. Co tu dużo mówić, Jozeph Guzman nie jest ani Robertem Rodriguezem, ani tym bardziej Quentinem Tarantino, w związku z czym nie ma co liczyć na równie ekscytujące wrażenia, co w czasie seansów „Desperado”, „Od zmierzchu do świtu”, czy obu części „Grindhouse”. Fani gatunku powinni być jednak bardziej niż usatysfakcjonowani.

Średnia zła: 4,8
Końcówka filmu rozbudziła mój apetyt na więcej, bo wyraźnie twórcy planowali kontynuację, niestety zdaje się, że wytwórnia odpowiedzialna za „Siostrzyczki ze spluwami” Freak Show Entertainment upadła. Mam nadzieję, że ktoś podejmie temat. W końcu tego typu filmy przeżywają dziś drugą młodość, o czym świadczą świetne produkcje, jak „Włóczęga ze strzelbą”, „Maczeta 2″, czy nawet „Dear God No!” i „Lesbian Vampire Killers”.


Pi

NOC KOMETY (1984)

„Night of the Comet”
reż. Thom E. Eberhardt

Noc-KometyChoć bardzo lubię utwór Budki Suflera „Noc komety” (kolejny po „Śnie o dolinie” ich zagraniczny cover z polskim tekstem), dzisiejszy wpis nie będzie o nim, a o filmie łączącym klimaty postapokaliptyczne z horrorem i komedią. Jest to pozycja, która na stałe zakorzeniła się w pamięci tych, którzy w zamierzchłych czasach godzinami przesiadywali w wypożyczalniach wideo, nie mogąc się zdecydować jaki film wybrać (w końcu wszystkie okładki były tak zachęcające!).

Blisko ziemi przelatuje kometa, która ostatni raz widziana była 65 milionów lat temu. Jak się łatwo domyślić to nie przypadek, że akurat wtedy wyginęły dinozaury. Promieniowanie, jakie wytwarza obiekt kosmiczny spala ludzi w pył, a tych bardziej odpornych zamienia w coś na kształt zombie. Kataklizm udaje się przetrwać nielicznym, w tym Reggie i jej młodszej siostrze Sam, które próbują odnaleźć się w opustoszałym świecie.

Noc-Komety_1Przemoc: – 2
Stosunkowo lekka formuła filmu nie pozostawiła miejsca na epatowanie wyszukanymi scenami gore. Dlatego też, choć kilka zgonów widzimy na ekranie (oczywiście poza zagładą), nie są przedstawione w wybitnie krwawy sposób. Nawet zombie nie mają aż tak przerażającej charakteryzacji, jak te, które można zobaczyć w klasycznej trylogii George’a R. Romero.

Nagość: 0
Choć dwie główne bohaterki są wyjątkowo urodziwymi kobietami (Catherine Mary Stewart i Kelli Maroney), to nie ma co liczyć na nagie sceny. Co najwyżej przez moment ta druga będzie paradowała w samej bieliźnie (uprzedzam jednak, że krój jak najbardziej odpowiada kanonom początku lat 80., cechując się prawie całkowitą aseksualnością).

Noc-Komety_2Wulgarność: – 2
Sam jest nastolatką, która dużo mówi o chłopakach, ale to Reggie na początku filmu daje się przekonać swojemu ukochanemu, by zamiast oglądać kometę, spędzić z nim noc w sali operatorskiej w kinie (co ratuje jej życie). Nie liczcie jednak na specjalne ekscesy. Pod względem seksu film jest bowiem bardzo grzeczny. Nawet kiedy siostry złapane są przez psychopatów w domu towarowym, ci nie mają zamiaru ich gwałcić, tylko bawią się w rosyjską ruletkę.

Obrazoburczość: – 4
Aby dobrze ocenić „Noc komety” w tym punkcie musimy przejść do drugiej połowy filmu, kiedy to okazuje się, że poza siostrami i pewnym kierowcą ciężarówki, w tajnym schronie ocalała grupa naukowców. Niestety nie uchroniło ich to przed zgubnym działaniem komety. Choć nie rozsypali się w proch, ani nie zamienili w zombie (jeszcze), to degeneracja ich ciał postępuje. By ją powstrzymać wyszukują ocalałych, jak Reggie i Sam, obiecują im ochronę, po czym przetaczają sobie ich krew. Nie wahają się przy tym korzystać w ten sposób z usług dzieci.

Noc-Komety_3Niesmaczna przyjemność: – 4
Oglądając ten film trzeba mieć na uwadze okres jego powstania i fakt, że nie stał za nim imponujący budżet. Dużo jest w nim niedociągnięć, umowności i naiwności, ale również uroku. Pomieszanie horroru z filmem młodzieżowym było specjalnością lat 80. i tu mamy tego wzorowy przykład. Z jednej strony jest groza, zombie i terror sadystycznych lekarzy, a z drugiej infantylizm Sam i pomysły oczekiwania na to aż na przejściu dla pieszych włączy się zielone światło w momencie, kiedy prawie cała cywilizacja zginęła i nikt nie jeździ samochodami (swoją drogą – skąd prąd, kiedy nie ma kto obsługiwać elektrowni?). Niemniej sam pomysł, zaangażowanie i w sumie niezłe aktorstwo, powodują, że „Noc komety” pozostaje klasykiem, który wciąż nieźle się ogląda.

Średnia zła: 2,4
Ciekawostką jest, że reżyser „Nocy komety” (wcześniej nakręcił jeszcze pierwowzór „Oszukać przeznaczenie”, czyli „Sole Survivor”) Thom E. Eberhardt potem unikał klimatów grozy, specjalizując się w filmach romantycznych i młodzieżowych, jak „Spisek w Boże Narodzenie”, „Kochanie, zwiększyłem dzieciaka”, „Kapitan Ron” (z Kurtem Russellem), czy „Byłem młodym Faustem”.


Pi