EVIL BONG: HIGH 5 (2016)

„Evil Bong: High 5″
reż. Charles Band

Evil-Bong-High-5Kiedy wydawało się, że ostatnia część „Evil Bong” jest tak zła, że już gorszej nakręcić nie można, Charles Band stanął na wysokości zadania. Trudno w to uwierzyć, ale „High 5″ jest znacznie słabsza od „420″. Mam wrażenie, że te filmy ogląda już tylko rodzina Banda, by mu zrobić przyjemność i ja, bo nikt inny chyba nie skazałby się dobrowolnie na taką dawkę masochizmu.

Uwięzieni w świecie Złego Bongosa Rabbbit, Larnell, Sarah Leigh, Velicity i Gingerdead Man bezskutecznie podejmują kolejne próby ucieczki. Zniecierpliwiona tym Evil Bong składa im propozycję – uwolni panów by zdobyli dla niej milion dolarów, dzięki którym wprowadzi w życie plan opanowania świata. Dziewczyny natomiast zostawi pod opieką seksownych Poonisherek w charakterze zakładników.

Evil-Bong-High-5_1Przemoc: 0
To chyba pierwszy taki przypadek w historii Krainy Niesmacznej Przyjemności, ale na prawdę w tym filmie nie ma ani grama przemocy. Jest za to dużo gadania o niczym. Przy okazji okazuje się, że jedyny trup pojawiający się w poprzednim odcinku wcale trupem nie został (chodzi o rednecka dźgniętego włócznią w oko przez pigmeja z filmu „Ooga Booga”).

Nagość: – 4
Może i nagich piersi nie ma tu tyle, co w „420″, ale i tak w zasadzie tylko dla nich warto sięgnąć po „High 5″. Tym razem również należą do aktorek filmów dla dorosłych – Raylin Joy, Adriany Sephory i Cameron Dee. Aha, jest jeszcze znana z poprzedniej części miłość Gingerdead Mana Rorie Moon.

Evil-Bong-High-5_2Wulgarność: – 5
W tej kategorii zawsze się sporo działo. Tym razem poza wulgaryzmami i insynuacjami mamy wyjątkowo obleśną wieśniarkę, która zrobi na prawdę dużo by zarobić na porcję zielska; są lubieżne Poonisherki, które w wyuzdany sposób próbują zniewolić Sarę i Velicity; wreszcie jest też mokry koszmar Gingerdead Mana, w którym Rorie Moon zabawia się z pigmejem z „Ooga Booga”.

Obrazoburczość: – 2
Tradycyjnie już scenariusz nie trzyma się kupy, ale sposób na zdobycie miliona dolarów jest co najmniej grzeszny (wiąże się z krętactwem, narkotykami i… w niektórych przypadkach… seksem). Chyba to miało być zabawne, ale to tylko moje podejrzenie, bo w czasie seansu nawet raz nie zdarzyło się by choć drgnęły mi kąciki ust.

Evil-Bong-High-5_3Niesmaczna przyjemność: – 1
Jest tak źle, że o tyle, o ile jakieś poprzednie części cyklu mógłbym polecić co bardziej odważnym widzom, tak tę odradzam nawet im. Jest nudno, powtarzalnie i nieśmiesznie. Poza tym ponownie spotykamy się z plejadą denerwujących postaci znanych z poprzednich części (jest nawet dawno niewidziany dziadek Ciryl). W „Allo, allo” się to sprawdzało. Tu nie!

Średnia zła: 2,4
Kiedy rozpoczynałem pisanie o „Evil Bongach” i „Gingerdead Manach” myślałem, że na „High 5″ się skończy. Niestety w międzyczasie pojawiła się jeszcze jedna odsłona serii. Charles Band po prostu nie zna litości.


Pi

EVIL BONG 420 (2015)

„Evil Bong 420″
reż. Charles Band

Evil-Bong-420Jedynym uzasadnieniem, jakie potrafię wymyślić, powstania czwartej części „Evil Bong” jest możliwość wykorzystania w tytule liczby 420 – nieformalnego symbolu palaczy marihuany. To chyba wystarczy za rekomendację…

Uwięziony na własną prośbę w Bong World Rabbit odkrywa, że to nie on kreuje rzeczywistość wokół siebie, a przyjemności mają jedynie odwrócić uwagę od wysysania z niego energii życiowej. Podstępnie ucieka więc, kradnąc pokaźną ilość marihuany. Dzięki pieniądzom na niej zarobionych może zrealizować swoje marzenie – otwiera kręgielnię topless. Evil Bong rusza za nim w pogoń. Do poszukiwań przyłącza się również Gingerdead Man, któremu znudziły się już łatwo dostępne rozrywki w świecie Bonga.

Evil-Bong-420_1Przemoc: – 1
Uwaga! W filmie pada tylko jeden (słownie: jeden) trup! I to wcale nie w wyniku niecnych zapędów Evil Bong czy Gingerdead Mana, a kukiełkowego pigmeja, który wpadł tu na gościnne występy z innego filmu Charlesa Banda – „Ooga Booga”.

Nagość: – 5
Tym razem reżyser poszedł po bandzie (ha, ha – Band po bandzie) i o ile się nie mylę tylko trzy aktorki mające do wypowiedzenia jakąś kwestię nie występują tu topless. Są to Jinhee Joung, czyli Pani G., wyjątkowo irytująca turystka z Japonii, Robin Sydney, grająca Sarę Leight (czyli swoją postać z serii „Gingerdead Man”, nie „Evil Bong”) i… a tu niespodzianka – Mindy Robinson, która w „Gingerdead vs. Evil Bong” nie była tak nieśmiała. Natomiast wśród pań, które nie mają oporów w pokazywaniu swych często poprawianych chirurgicznie wdzięków, wprawne oko miłośnika filmów dla dorosłych dostrzeże kilka znajomych twarzy: Tanya Tate, Nina Elle i Janice Griffith.

Evil-Bong-420_2Wulgarność: – 4
Poza tym, że film opowiada o jaraniu zielska i kręgielni topless to prawie do niczego nie można się przyczepić. Prawie… Ocenę winduje bowiem scena, kiedy Gingerdead Man uprawia seks z dziewczyną z ekipy Rabbita, finiszując obficie bitą śmietaną.

Obrazoburczość: – 1
Tradycyjnie już za najbardziej obrazoburczy element „Evil Bonga” należy uznać to, że twórcy traktują widzów jak kretynów, ale w gruncie rzeczy to już czwarta część (nie licząc crossovera z „Gingerdead Man”) serii i sięgający po nią powinni wiedzieć, czego się spodziewać. Zwróciłbym jednak uwagę na wyjątkowo pogodny element, jaki się tu pojawia, a mianowicie coś z pacyfistycznym przesłaniem – trawestacja hasła „make love not war”. Inna sprawa, że dzieje się to za sprawą Rabbita, który kłócących się ze sobą odurza oparami marychy, po czym zaczynają pałać do siebie miłością.

Evil-Bong-420_3Niesmaczna przyjemność: – 1
Najpierw plusy: „420″ to chyba pierwszy odcinek „Evil Bong” z zaskakującym zakończeniem. Zanim jednak do niego dotrzemy musimy pokonać morze absurdu i całkowicie nieśmiesznych gagów, opierających się w głównej mierze na nagości. Dobrze chociaż, że całość nie trwa nawet godziny, dzięki czemu uniknęliśmy przeciąganych na siłę, smętnych dialogów.

Średnia zła: 2,4
Kolejne odcinki „Evil Bong” zaczynają przypominać kiepski sitcom, w którym muszą pojawić się stałe elementy, co niestety nie wpływa pozytywnie na odbiór całości. Nie przeszkadza mi ani Larnell, ani któraś z postaci granych przez Robin Sydney, ale robienie z Rabbita głównego bohatera jest męczące. Tak samo jak powracający niczym czkawka całkowicie nieśmieszni japońscy turyści, czy koleś z twarzą świni. Co za dużo to niezdrowo.


Pi

GINGERDEAD MAN VS. EVIL BONG (2013)

„Gingerdead Man vs. Evil Bong”
reż. Charles Band

gingerdead-man-vs-evil-bongW momencie, kiedy wydaje się, że już nic głupszego, niż serie filmów o ciasteczkowym zabójcy Gingerdead Manie i o opętanej przez złe moce fajce wodnej, nie da się wymyślić, wytwórnia Full Moon i reżyser Charles Band stanęli na wysokości zadania. Otóż połączyli obie pozycje pod wspólnym tytułem „Gingerdead Man vs. Evil Bong”.

Larnell postanowił odciąć się od przeszłości. Zarzucił znajomość z kolegami ze stancji, otworzył własny biznes i handluje obecnie fajkami wodnymi. Przy okazji jest strażnikiem niebezpiecznego Evil Bonga. Całkiem przypadkiem obok jego sklepiku ma piekarnię Sarah Leigh, czyli dziewczyna, przez którą pośrednio psychopatyczny morderca Millard został zaklęty w Gingerdead Mana. W czasie kiedy Larnell stara się nawiązać współpracę biznesową z Sarą, piernikowy ludzik wyrusza by krwawo się zemścić na dziewczynie, natomiast dobrze nam znany Rabbit uwalnia fajkę.

gingerdead-man-vs-evil-bong_1Przemoc: – 2
Gdyby nie obecność Gingerdead Mana ponownie nie mielibyśmy o czym mówić w tym punkcie. Evil Bong bowiem aż tak skora do masakry nie jest. Niemniej na rozlew krwi nie mamy co liczyć. Na ekranie widzimy bodajże trzy trupy, którym nie wyszło na dobre spotkanie z narzędziami ciętymi, jak nóż i siekiera. Jednak do maestrii Jasona Voorheesa, czy Michela Myersa ciastkowi daleko.

Nagość: – 4
A tu jest na odwrót. To w „Evil Bongach” zawsze było więcej golizny, niż w „Gingerdead Manach”. I to by się zgadzało, bo w ramach retrospekcji pokazano nam chyba wszystkie nagie panie pojawiające się w świecie Bonga (czyli kolejno – striptizerki w klubie, atrakcyjne dzikuski z plemienia Poontang i wreszcie ozdobione bodypaintingiem podwładne Alien Bonga). Tu dochodzą kolejne trzy niewiasty, które najpierw na tropikalnej wyspie zabawiają Gingerdead Mana, a następnie pojawiają się w wykreowanym przez Rabitta halucynogennym świecie rozpusty. Na tle ich silikonowych walorów (zwłaszcza Mindy Robinson i Masuimi Max) pojawiająca się w międzyczasie roznegliżowana Victoria Levine wypada dość blado.

gingerdead-man-vs-evil-bong_2Wulgarność: – 5
Równie wiele można powiedzieć, jeśli chodzi o wulgarność. Przede wszystkim prawie każdy używa bardzo kwiecistego języka, a przewodzą w tym oczywiście Gingerdead Man i Evil Bong (choć inni starają się im dzielnie dotrzymać kroku). Ponad to widzimy cały szereg nieprzyzwoitych zachowań (numerek na zapleczu piekarni, odurzanie się różnego rodzaju substancjami), choć i tak wszystkich przebija onanista, który specjalnie karze sobie podać w cukierni ciastko przy szybie na wysokości jego krocza, by osiągnąć spełnienie. Ciekawie również wygląda wizualizacja rozkoszy Rabitta w skład której wchodzi na przykład ogromna ściana zbudowana z kobiecych piersi.

Obrazoburczość: – 1
Tym razem nie ma żadnych ukrzyżowanych ciasteczek, ani Jezusów palących jointy. Jak na możliwości obu serii jet więc grzecznie i oczywiście bezdennie głupio.

gingerdead-man-vs-evil-bong_3Średnia zła: – 2
Mimo wszystko przyznam się, że spodziewałem się czegoś więcej. Po dwóch odjechanych kontynuacjach „Gingerdead Mana”, ta część wydaje się całkiem normalna. Niestety całość poszła w stronę mniej wyszukanego scenariusza znanego z „Evil Bongów”. Szczęśliwie film nie jest za długi (z czego dwadzieścia pierwszych minut zajmuje streszczenie dotychczasowej akcji) i znalazło się w nim kilka mało wyszukanych smaczków, jak chociażby spotkanie Sary z Luann, które to role odtwarza przecież jedna aktorka – Robin Sydney. Również ciasteczkowy sąd nad Gingerdead Manam jest niezłym patentem. W efekcie film nawet nadaje się do oglądania, choć Charles Band robił wszystko, by utrudnić jego odbiór.

Średnia zła: 2,8
Na koniec chciałem zwrócić uwagę na to, że tak na prawdę nie jest to pierwsza produkcja, w której spotykają się Gingerdead Man i Evil Bong. W debiucie serii o złym bongosie, kiedy bohaterowie w halucynogennej wizji lądują w nocnym klubie, zagląda do niego również ciasteczkowy morderca, migając przez chwilę na ekranie.


Pi

EVIL BONG 3-D: THE WRATH OF BONG (2011)

„Evil Bong 3-D: The Wrath of Bong”
reż. Charles Band

Evil-Bong-3DPo seansie trzeciej części perypetii Złej Fajki Wodnej „Evil Bong 3-D: The Wrath of Bong” zacząłem poważnie zastanawiać się nad tym, co robię ze swoim życiem. Film ten nie jest bowiem wart poświęcenia mu ani jednej minuty z tych osiemdziesięciu sześciu, które trwa. A wszystko to w technice 3D.

W statku kosmicznym, który przypomina meteoryt ląduje na Ziemi przybysz z innego świata – futurystycznie wyglądający bongos. Jego celem jest wyssanie esencji życiowej mieszkańców naszej planety. Znajduje go pewien psychiczny żonobójca i postanawia spieniężyć, zanosząc do sklepu z „leczniczą” marihuaną. Całkiem przypadkiem prowadzi go dwóch dobrze nam znanych niedoszłych absolwentów studiów nieokreślonych – Brett i Bachman. Gdy ten drugi nieopatrznie zaciąga się chmurą z Alien Bonga, zostaje uwięziony w kosmicznym świecie. Wkrótce dołącza do niego stary (dosłownie) znajomy Rabbit. Brett przy pomocy Alistara i Larnella (który teraz tropi spiski rządowe związane z UFO) postanawiają ich uratować.

Evil-Bong-3D_1Przemoc: – 1
Już w poprzednich częściach „Evil Bong” z przemocą było krucho. Tu jest jeszcze gorzej. Jedynym jej objawem jest sztuczne karate w wykonaniu Larnella, którym nokautuje dwie kosmiczne służące Alien Bonga.

Nagość: – 3
Tradycyjnie w majakach wywoływanych przez złego bongosa pojawiają się roznegliżowane panienki. Tym razem mają być one kosmiczne. Na tę okazję ucharakteryzowano je techniką bodypaintingu, używając do tego fluorescencyjnych farb. Niech będzie, tylko czemu ktoś założył, że kosmitki noszą figi? Warto zauważyć, że tym razem każda ma swój pseudonim, czyli są to kolejno Graffiti Chick, Devil Chick, Green Chick i Angel Chick (do tego dochodzi TV Girl wystawiająca ręce z ekranu telewizora, ale ona się nie liczy, bo jest ubrana).

Evil-Bong-3D_2Wulgarność: – 3
W sumie wulgarności jest tu mniej niż w poprzednich częściach. Mam wrażenie, że twórcom skończyły się pomysły na wyszukane przekleństwa (w końcu angielski nie jest tak pojemny w tym temacie jak polski), więc nawet dziadek Cyril (który tu robi za nawróconego hippisa) wypada blado. Niemniej koncepcja wysysania sił życiowych wraz z nasieniem zasługuje na docenienie w punktacji.

Obrazoburczość: – 2
Poza elementami stałymi, jak nazbyt lekkie traktowanie środków odurzających i obowiązkowe ujęcie figury ukrzyżowanego Chrystusa z jointem, tym razem doszedł jeden wątek, który śmiało możemy podpiąć pod obrazoburczy, a mianowicie przedstawienie księży w negatywnym świetle. Co prawda nie bardzo wiadomo, którego odłamu chrześcijaństwa pastorem został Rabbit, ale nie zmienia to faktu, że w „Biblii” chowa zielsko, by w cichości sobie zajarać.

Evil-Bong-3D_3Niesmaczna przyjemność: – 1
Jak tak to wszystko opisuję, to w zasadzie dochodzę do wniosku, że „Evil Bong 3-D” miał potencjał by zostać niezła komedią, powiedzmy na miarę „jedynki”, ale w praktyce jest bardzo źle. Przede wszystkim scenariusz jest drętwy, tak samo aktorstwo i „legendarne” efekty trójwymiarowe. Dużo gadaniny, mało akcji i nawet panie w kosmicznym bodypaintingu nie ratują sytuacji. Kolejny dowód na różnicę między filmem gównianym (pierwsza część), a po prostu do dupy (omawiana).

Średnia zła: 2
Generalnie „The Wrath of Bong” powinno definitywnie zamknąć serię o Złym Bongosie, bo jak widać drepcze w miejscu. Tym bardziej dziwi mnie, że Full Moon pokusił się o realizację jeszcze dwóch kontynuacji i jednego crossoveru z „The Gingerdead Man”. Niektórzy po prostu nie potrafią uczyć się na błędach.


Pi

GINGERDEAD MAN 3: SATURDAY NIGHT CLEAVER (2011)

„Gingerdead Man 3: Saturday Night Cleaver”
reż. William Butler, Silvia St. Croix

Gingerdead-Man-3Sam nie wiem, czy w przypadku „Gingerdead Man 3: Saturday Night Cleaver” mamy do czynienia z arcydziełem, czy wręcz przeciwnie. Ogrom absurdów na jakie możemy natknąć się w trakcie seansu jest tak porażający, że chodzący, morderczy ciasteczkowy ludzik wydaje się całkiem normalny. Jednocześnie jest to (jak na razie) najlepsza część cyklu.

Dobrze nam znany zabójca pod postacią piernikowego ludzika został wreszcie złapany i przetrzymywany jest, niczym Hannibal Lecter z „Milczenia owiec” w obskurnej celi w zakładzie psychiatrycznym (obowiązkowo przypięty pasami i w masce). Za towarzyszy ma… innych morderców przemienionych w ciastka. W wyniku akcji aktywistów, Gingerdead Man zostaje uwolniony. Uciekając trafia do pokoju, w którym naukowcy pracują nad maszyną do podróży w czasie. Postanawia z niej skorzystać i przenosi się do roku 1976, lądując we wrotkowym klubie disco. W rytm funkowych rytmów rozpoczyna na nowo krwawą wendettę.

Gingerdead-Man-3_1Przemoc: – 3
Jak na serię slasherów (choć dość nietypowych) „Gingerdead Many” nie epatowały przemocą. Tu szczęśliwie sytuacja jest uratowana, albowiem w pewnym momencie zlikwidowanych zostaje większość klubowiczów, za sprawą porażenia prądem. Szkoda tylko, że przedstawiono to w tak tandetny sposób. Oto kolejny dowód na to, że efekty komputerowe (zwłaszcza niskobudżetowe) nigdy nie będą wyglądały tak dobrze, jak analogowe. Nawet sceny, które powinny być istną orgią makabry, jak rozstrzelanie ludzi przy pomocy pistoletu na gwoździe, albo oblanie dziewczyn w bikini żrącym kwasem, nie robią odpowiednio niesmacznego wrażenia. Dlatego najbardziej widowiskowym efektem gore jest ten zrobiony po Bożemu – kiedy ciastek podcina ścięgna pewnemu klientowi korzystającemu z pisuaru.

Nagość: – 1
Twórcy filmu starają się za wszelką cenę ukryć jakiekolwiek oznaki nagości. Niemniej w czasie pewnego szalonego seksualnego trójkąta (w konfiguracji: dwóch panów i jedna pani) nie zawsze to się udaje. Plusy w tej kategorii należą się również za pokaz dziewczyn w bikini, które organizują zbiórkę na rzecz upadającej dyskoteki, myjąc w zamian samochody. A że bardziej się przy tym prężą, niż pucują karoserię, to szczegół.

Gingerdead-Man-3_2Wulgarność: – 4
W sumie najważniejsze kwestie omówiliśmy wyżej: mamy więc laski w bikini i trójkącik na zapleczu. Dodam jednak, że ten drugi nie należy do najprzyjemniejszych wizualnie, albowiem para upalona zielem, zapraszam do zabawy pewnego obleśnego, grubego sprzątacza, widząc w nim w malignie pięknego młodzieńca. Na deser (nomen omen) na samym początku, kiedy mamy do czynienia z parodią „Milczenia owiec”, będąca odpowiedniczką Clarice Starlin – Clarissa Darling zostaje obrzucona kremem przez jednego z sąsiadów z celi Gingerdead Mana. I poczęstowana tekstem: „czuję twoją muffinkę”. Przypomnijcie sobie, jak to wyglądało w oryginale.

Obrazoburczość: – 2
„Gingerdead Man 3″ jest filmem głupim, absurdalnym i w zasadzie nie kwalifikującym się do przyznania punktów w kategorii obrazoburczości, gdyby nie nagłe pojawienie się Adolfa Hitlera i Charlesa Mansona. Ja wiem, że poza tym, że odcisnęli oni niechlubne piętno w historii ludzkości, stali się również ikonami popkultury, niemniej zawsze mam mieszane uczucia, kiedy wykorzystuje się postacie tego kalibru w produkcjach czysto komediowych.

Gingerdead-Man-3_3Niesmaczna przyjemność: – 3
Bezapelacyjnie „Saturday Night Cleaver” jest najlepszą częścią poświęconą Gingerdead Manowi. Absurdów jest tu więcej niż w dwójce (choć fabuła wcale nie zyskała na mądrości), ale co ważniejsze dowcipy momentami są autentycznie śmieszne. Oczywiście przoduje tu cała sekwencja parodiująca „Milczenie owiec”, ale rozbraja także przedstawienie „Carrie” (tu jako Cherry) w konwencji disco na wrotkach. Szkoda tylko, że całość nie została lepiej zrobiona. Zwłaszcza te nieszczęsne efekty komputerowe zaniżają ocenę. Niemniej nie jest tak źle, jak wskazywałby tytuł (i plakat reklamowy).

Średnia zła: 2,6
Dobrym podsumowaniem filmu i chorego poczucia humoru twórców jest to, że dwie uczestniczki imprezy noszą imiona Yoko i Ono.


Pi

OBCY: PRZYMIERZE (2017)

„Alien: Covenant”
reż. Ridley Scott

Obcy-PrzymierzeMiałem dziś pisać o filmie „Gingerdead Man 3″, ale z racji wczorajszego wypadu do kina na „Obcego: Przymierze”, będzie o nim. A to dlatego, że mierżą mnie negatywne opinie oczerniające tę produkcję. Mi się bardzo podobała i mówię to, jako fan serii, który rzuca cytatami z pierwszej i drugiej części na wyrywki. „Prometeusz”, choć też niezły, trochę odstawał od reszty sagi, ale „Przymierze” spokojnie można postawić obok „trójki” i „czwórki”, a mam wrażenie, że z czasem może nawet zyskać.

Załoga statku kosmicznego „Przymierze” przewożącego ponad dwa tysiące kolonistów ląduje na planecie, które wydaje się rajem. Złudzenia szybko mijają, kiedy okazuje się, że kilku członków ekspedycji zostaje zakażonych niebezpiecznymi zarodnikami w wyniku których w ich organizmach rozwijają się niezwykle agresywne formy życia (tak zwane neomorphy). Ocalałych ratuje jedyna istota inteligentna zamieszkująca planetę – David, czyli android, były członek załogi „Prometeusza”.

Obcy-Przymierze_1Przemoc: – 4
Wiadomo, że jak mamy do czynienia z filmem o Obcym, krew musi się lać. Tak jest i w tym wypadku. Mamy więc efektowne zagryzanie przez stwory członków załogi „Przymierza”, ale także malownicze, obowiązkowe wykluwanie się alienów z osób zainfekowanych. Warto w tym miejscu dodać, że poza tradycyjnym przebiciem się przez klatkę piersiową (któremu towarzyszy fontanna krwi), widzimy też inne możliwości opuszczenia żywiciela – na przykład przełykiem lub przez plecy.

Nagość: 0
Teoretycznie mamy scenę pod prysznicem, ale tak sfilmowaną, że nic nie widać, nawet pobieżnie. Nie jest to jednak zaskoczenie, ponieważ nagość raczej jest obca „Obcemu”.

Obcy-Przymierze_2Wulgarność: – 2
Dodajmy, że pod tym prysznicem niegrzecznie zabawiało się dwóch członków załogi. Swoją drogą, to mają nerwy, skoro chciało im się po tak dramatycznych wydarzeniach, jakich przed chwilą byli świadkami (choć i tak wyszło lepiej, niż w „Prometeuszu”, gdzie załoga sprawiała wrażenie bardzo wygłodniałej seksualnie). Poza tym na konto wulgarności można zapisać kilka soczystych przekleństw i tyle w temacie.

Obrazoburczość: – 2
„Prometeusz” wprowadzał nowy temat do serii, a mianowicie kwestię tego, że życie na Ziemi – a więc również i ludzkość – jest dziełem innych inteligentnych istot (zwanych Inżynierami). I chyba nie za bardzo im się spodobaliśmy, bo przygotowali plan unicestwienia swojego dzieła. Jak wiemy wymknął im się spod kontroli. W „Przymierzu” kontynuujemy ten wątek, ale uzupełniamy go o ciekawe szczegóły. Inżynierowie schodzą niejako na drugi plan, ponieważ tu ich rolę zajmuje ludzkość, konstruując sztuczną inteligencję, którą jest David. Czynimy go doskonalszym od siebie, co jest wytknięte już na samym początku. I tak jak Inżynierowie uznali nas za zagrożenie, my uznajemy jego. W efekcie tego otrzymujemy kilka intrygujących pytań – czy zgodnie z prawami ewolucji nasze dzieło może zniszczyć nas, wypierając, jako gatunek przestarzały? Ewentualnie czy dając wyobraźnię i możliwość tworzenia androidowi, ale pozbawiając go duszy nie zakładamy sobie sami pętli na szyję? To wszystko rozważania nie tak odległe od „Łowcy androidów”, czy „2001: Odysei Kosmicznej”.

Obcy-Przymierze_3Niesmaczna przyjemność: – 5
„Przymierzu” zarzuca się wtórność, ale wydaje mi się, że mamy tu do czynienia ze świadomymi nawiązaniami do pierwszego „Obcego”. Nie wierzę, że Ridley Scott cyniczne wykorzystał niemal identyczne sceny ze swojego kultowego dzieła w celu przyciągnięcia widzów do kin. Traktuję więc to jako ukłon w stronę starych fanów. Nie przeczę, że kilka zagrań fabularnych dało się lepiej zrobić (chociażby to, że ekipa badawcza wyszła na obcą planetę bez hełmów ochronnych), ale nie dajmy się zwariować, to nie film dokumentalny, a rozrywkowy. Dlatego też po dość długim wprowadzeniu akcja nabiera tempa i momentami wręcz wgniata w fotel. Bardzo mnie również cieszy zastosowanie efektów komputerowych tam, gdzie ich miejsce – krótko mówiąc nie wypełniają one każdego kadru, a zdarzają się nawet momenty, kiedy wcale się nie pojawiają, co w obecnych czasach wcale nie jest takie oczywiste. Uwielbiam ten scottowski klimat dusznego statku kosmicznego, jakże inny od festiwalowych nowych „Gwiezdnych wojen”. Wreszcie mamy również ciekawych głównych bohaterów. Wiadomo, że David i jego odpowiednik z „Przymierza” Walter (w obu rolach świetny Michael Fassbender) to najważniejsze postacie. Niemniej interesująco wypada ewolucja Daniels, której z początku nie dostrzegamy, potem potrafi drażnić, by pod koniec trzymać za nią kciuki. Dlatego też wydaje mi się, że dziś malkontenci ostro dokładają nowemu „Obcemu”, ale z czasem się obroni, tak jak stało się to z „trójką” i potwornie hejtowanym „Przebudzeniem”, które osobiście bardzo cenię za klimat i wyobraźnię twórców.

Średnia zła: 2,6
Jedno co mnie drażni, to to, że w trailerach pokazano świetną scenę budowania Waltera, której zabrakło w filmie, a także szybko zaprezentowano w jaki sposób Elizabeth naprawiła Davida. Pewnie oba wyjdą w rozszerzonej wersji na DVD. Niemniej to denerwujące, że idzie się do kina i nie otrzymuje się całości. Ja wiem, że i „Ósmy pasażer”, i „Decydujące starcie” również okrojono z rewelacyjnych scen, ale wtedy nie myślano o dodaniu ich na VHS, tylko tak miała wyglądać ostateczna wersja filmu.


Pi

EVIL BONG 2: KING BONG (2009)

„Evil Bong 2: King Bong”
reż. Charles Band

Evil_Bong_2_King_BongCharles Band chyba postawił sobie za punkt honoru, by każdy jego film miał kontynuację. Nawet jeśli na to ani trochę nie zasługuje. Tak było z „The Gingerdead Man”, po czym sytuacja powtórzyła się z „Evil Bong”. Różnica polega jednak na tym, że o ile produkcja poświęcona morderczemu piernikowemu ludzikowi w sequelu znacznie zyskała, to ta o śmiercionośnej fajce wodnej wręcz przeciwnie.

Larnell, Bachman i Brett – trzech współlokatorów z poprzedniej części – cierpi na zaburzenia po niefortunnym spotkaniu ze złym bongosem (jeden odczuwa nieposkromiony popęd seksualny, drugi senność, a trzeci głód). Jedynie Allistairowi nic się nie stało. Wszyscy udają się w niedostępne rejony Ameryki Południowej skąd pochodzi Evil Bong. Tam, poza ewentualny wybawieniem, czeka na nich kolejne niebezpieczeństwo, a mianowicie dzikie plemię Poontang, oddające cześć tytułowemu King Bongowi.

Evil_Bong_2_King_Bong_1Przemoc: – 1
Już w poprzedniej części cienko było z przemocą, ale teraz to całkowita przesada. Praktycznie jedynym przejawem agresji (poza słowną) jest moment, kiedy jedna z dzikusek Poontang zamachnęła się dzidą i trafiła w głowę dziadka Cyrila (tak, ten też się tu pojawia). W efekcie czego otrzymujemy chyba najmniej krwawy obraz w dotychczasowej, kilkuletniej historii Krainy Niesmacznej Przyjemności.

Nagość: – 4
Plemię Poontang zasadniczo składa się z czterech młodych, seksownych, poprawionych silikonem, chętnych kobiet, paradujących topless. Tak więc, choć przez większość filmu nagości brakuje, końcówka zdecydowanie nadrabia to niedopatrzenie. Warto dodać, że w rolę dzikusek wcielają się trzecioligowe aktorki porno, choć i tak bardziej utytułowane niż podstawowa obsada: Emilianna, August (nominowana do nagród AVN: 2004 rok w kategorii „najlepsza scena seksu w parze”; 2008 rok w kategorii „najlepsza aktorka drugoplanowa”; 2009 rok w kategorii „najlepsza scena seksu grupowego”), Kat (nominacje do AVN: 2006 rok w kategorii „najlepsza scena seksu analnego”, 2007 rok w kategoriach „najlepsza aktorka drugoplanowa” i „najbardziej oburzająca scena seksu”) i Ariel X (zdobyła mistrzostwo 6 sezonu Kink.com’s Ultimate Surrender – chodzi o kobiecy, nagi wrestling – we wrześniu 2009 roku).

Evil_Bong_2_King_Bong_2Wulgarność: – 4
W poprzedniej części najbardziej wulgarni byli Evil Bong i dziadek Cyril. W tej trudno wskazać lidera. Każdy opowiada takie bzdury przeplatane soczystymi tekstami, które z założenia mają być śmieszne, że uszy więdną. Nawet Cyril nie jest już tak imponujący jak poprzednio. Clou programu miało być chyba przekomarzania się Evil Bonga z King Bongiem, ale poza wulgaryzmami też słabo to wyszło. Aby dopełnić obrazu muszę jeszcze wspomnieć o uwiedzeniu przez dwie tubylczynie pewnego antypatycznego dziadka i biednym Larnellu, który zaspokaja chuć kopulując z czym popadnie (np. pachą grubego Bretta i deskorolką).

Obrazoburczość: – 2
Tym, co najbardziej godzi w moralność i niezachwianego ducha w tym filmie, to sam fakt, że w ogóle powstał. Choć trzeba przyznać, że o ile w poprzedniej części można było doszukać się drobnego przesłania, iż jaranie zioła szkodzi, tak tutaj jest wręcz przeciwnie. Tyle tylko, że najlepiej zaopatrzyć się w jak najbardziej czysty surowiec, najlepiej w tym celu jadąc do Ameryki Południowej (siłą wdzierając się na tereny dziewiczej puszczy, wchodząc z butami w życie miejscowego plemienia – Wojtek Cejrowski miałby tu używanie).

Evil_Bong_2_King_Bong_3Niesmaczna przyjemność: – 1
Jest bardzo źle. Niby zachowano absurdalny charakter „jedynki”, ale tym razem nie daje się tego oglądać. Teksty pisane są na siłę, a fabuła nawet nie jest śmieszna. O tym, że jakiś ogród botaniczny gra tu południowoamerykańską puszczę nawet nie będę wspominał. W każdym razie tym gadaniem o niczym, które zajmuje 99% ekranowego czasu potwornie się zmęczyłem i choć film nie należy do długich (niecałe półtorej godziny) i tak nie wiedziałem, czy dam radę go pokonać. W całym stosie minusów da się odnaleźć tylko dwa plusy. Pierwszym jest to, że popracowano nad tym, by Evil Bong w czasie mówienia markował ruszanie ustami (nie dotyczy to jednak King Bonga). Drugim natomiast koncepcja by tym razem w ramach opętania związanego z paleniem, zawinięto jednego klienta w ogromnego skręta. Powiedzmy, że było to zabawne. Choć i tak wszystkich kasuje King Bong swoim tekstem: „Boom Schaka Laka Bitch”.

Średnia zła: 2,4
W sumie to jednak smutne, jak kończą idole dzieciństwa. Pomijam już fakt, że Charles Band był producentem „Władcy lalek” i „Ghoulies”, ale Domonic Muir jest przecież współodpowiedzialny za scenariusz do „Critters”. Horror.


Pi

GINGERDEAD MAN 2: THE PASSION OF THE CRUST (2008)

„Gingerdead Man 2: The Passion of the Crust”
reż. Silvia St. Croix

Gingerdead-Man-2Wydawać by się mogło, że „Gingerdead Man” nie powinien doczekać się kontynuacji, albowiem nawet jak na pozycję kina klasy Z wypada wyjątkowo słabo. Tym bardziej zaskakujące jest, że jego kontynuacja ogląda się o niebo lepiej!

W niewytłumaczalny sposób Ciasteczkowy Morderca nie zginął pod koniec poprzedniego odcinka i zostaje podstępem podrzucony do wytwórni ultratandetnych horrorów Cheatum Studios. Jak się jednak okazuje, magicznie wskrzeszony sadysta nie jest największym zmartwieniem kierownictwa tej niezwykłej placówki, albowiem boryka się ona z problemami finansowymi i zdecydowanym przerostem ego związanych z nią aktorów.

Gingerdead-Man-2_1Przemoc: – 4
Zmiana na stołku reżysera bardzo przysłużyła się tej części. W czasie kiedy Charles Band nie radził sobie z efektownymi scenami gore (a po prawdzie z niczym sobie nie radził), Silvia St. Croix zaserwowała nam kilka na prawdę krwawych smaczków. Tym razem morderstwa nie następują poza kadrem, a sikającej posoki jest momentami całkiem sporo (zwłaszcza w czasie słynnej sceny ukrzyżowania piernikowego ludzika).

Nagość: 0
Choć statystycznie druga część przygód Gingerdead Mana wypada lepiej niż pierwsza, jest jedna pozycja, w której są sobie równe, a mianowicie pod względem ukazania nagości. A w zasadzie braku jej ukazania, choć należy zaznaczyć, że w obsadzie pojawiła się jedna z królowych krzyku lat 80. Michelle Bauer, która swego czasu nie wstydziła się pokazywania swoich wdzięków. Choć zbliżała się wtedy do pięćdziesiątki, trzeba przyznać, że trzymała się nieźle.

Gingerdead-Man-2_2Wulgarność: – 5
Poziom sprośnych dowcipów również się podniósł. Tym razem nie tylko Ciastek serwuje teksty bogato ozdobione łaciną podwórkową, ale robi to większość rozgoryczonych aktorów związanych z Cheatum Studios. Poza tym otrzymujemy nawet scenę seksu (w końcu Michelle Bauer nie zatrudnia się ze względu na jej umiejętności aktorskie). Natomiast wszystko przebija sposób zabójstwa pewnego egzaltowanego aktora o skłonnościach homoseksualnych, któremu Ciasteczkowy Potwór robi przy pomocy rozgrzanej lokówki do włosów jesień średniowiecza z wiadomej części ciała.

Obrazoburczość: – 5
Twórcom należy się jakaś nagroda za inwencję. Ja bym nie wpadł na pomysł nagrania sceny ukrzyżowania Ciastka, a ta jest znakiem rozpoznawczym tej części. Jej naturalizm, połączony z tytułem (na własne potrzeby przetłumaczyłbym go jako „Pasja tupetu”, ale być może twórcom chodziło o bardziej tradycyjną „Pasję kruchej skórki”) musi być wysoko oceniony w naszym rankingu.

Gingerdead-Man-2_3Niesmaczna przyjemność: – 3
Pomimo wyżej wymienionych niesmacznych przyjemności tak na prawdę tym, co najbardziej wpływa na pozytywny odbiór „Gingerdead Man 2″, jest brak spinki towarzyszącej pierwszej części, wrzucenie na luz i cała masa autoironii. W końcu film o wskrzeszonym mordercy w ciele piernikowego ludzika nie różni się zbytnio od pokazanych w filmie absurdalnych zabójczych lalkach (mi najbardziej podoba się Shitforbrains), najeźdźcach z kosmosu, czy szalonych nekromancerach. O dziwo ta dawka niewyszukanego humoru wystarcza by łyknąć bezsensowny scenariusz, kiepskie efekty specjalne (Ciastek szczęśliwie wciąż jest kukiełką!) i marne aktorstwo.

Średnia zła: 3,4
W czołówce filmu widzimy plakaty filmów firmowanych przez Cheatum Studios. Nie wiem jak Wy, ale ja tam chętnie obejrzałbym większość z nich, że wymienię tylko: „Zombie Whores”, „Bionic Gorilla”, „Horror Dolls from Planet X” „Lingerie Model Death Camp” i „Sindbad and the Golden Bikini” (więcej nie udało mi się rozpracować).


Pi

EVIL BONG (2006)

„Evil Bong”
reż. Charles Band

Evil-BongPrzez cały seans „Evil Bong” zastanawiałem się dla kogo kręci się tego typu filmy. Ani on specjalnie śmieszny, ani straszny, ani mądry, ani dobrze zrobiony… Powstał chyba tylko po to by opisać go na łamach Krainy Niesmacznej Przyjemności, co niniejszym czynię.

Czwórka studentów-współlokatorów spędza radosny czas na spotkaniach z dziewczynami i jaraniu zioła (no, dobra jeden z nich tego wszystkiego nie robi tylko się – o dziwo – uczy). Pewnego dnia kupują z głoszenia wyjątkowo dużego bongosa. Choć sprzedający uprzedza ich, że jego używanie może się dla nich źle skończyć, nic sobie z tego nie robią. Niesłusznie, ponieważ fajka wodna jest opętana przez złe moce, a każdy kto z niej korzysta narażony jest na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Evil-Bong_1Przemoc: – 1
W momencie, kiedy mamy do czynienia z horrorem o wątpliwej fabule i równie nieudolnej, niskobudżetowej realizacji, tym co powinno przyciągnąć widzów powinny być krwawe efekty specjalne, jak to w latach 80. było w przypadku seryjnie produkowanych slasherów. W „Evil Bong” nawet tego brakuje. Co prawda mamy do czynienia z gryzącymi chłopaków stanikami z zębami (noszonymi przez seksowne niewiasty) i nawet ze dwa razy z ran sika krew, ale to zdecydowanie za mało by zrobić wrażenie na nawet średnio wyrobionym miłośniku niesmacznej przyjemności.

Nagość: – 4
Skoro nie przemoc, to może nagość? Tak, szczęśliwie na nią możemy liczyć. Po odurzeniu się buchem z diabelskiego bongosa trafiamy do jego świata, a mianowicie do nocnego klubu, w którym tańczą atrakcyjne, prawie całkiem nagie panie. A że wypełnione silikonem… cóż, w końcu to narkotyczny trip. A z początku wydawało się, że dostaniemy tylko roznegliżowane playmates, które obficie porozwieszali na ścianach studenci.

Evil-Bong_2Wulgarność: – 5
Jak łatwo się domyślić – głównym tematem filmu jest jaranie zielska i wokół niego krążą rozmowy. W przerwach mówi się o seksie. Tak więc wulgarności jest sporo. Choć trzeba przyznać, że i tak wszystko i wszystkich przebija wejście dziadka Cyryla (bogaty krewny jednego ze studentów). Przyjechał pochwalić się nową żoną i przy okazji tak zrugał leniwych chłopaków, że jego cytaty można stawiać na równi z tekstami ze „Sprzedawców” Kavina Smitha.

Obrazoburczość: – 1
W sumie przesłanie filmu jest ze wszech miar pozytywne – nie pal trawy, bo ci mózg wypali. Aczkolwiek mam dziwne wrażenie, że twórcom przyświecała wręcz odwrotna myśl.

Evil-Bong_3Niesmaczna przyjemność: – 2
To mógł być niezły film. Należało tylko popracować nad drobnymi elementami, takimi jak: efekty specjalne (Evil Bong nawet nie rusza ustami kiedy mówi), scenografią (akcja rozgrywa się tylko w dwóch lokalizacjach – pokoju studentów i nocnym klubie, co przywodzi na myśl albo sitcom, albo „Klan”) i przede wszystkim nad dowcipem, bo suchary serwowane z ekranu powodują zażenowanie, niźli uśmiech. Na palcach jednej ręki można policzyć udane greapsy (pod warunkiem, że dziadka Cyryla weźmie się tylko jako jeden). Niemniej i tak jest lepiej niż w omawianym tydzień temu pierwszym „The Gingerdead Man”, bo tu wyraźnie czuć, że całość została zrobiona z przymrużeniem oka, a tam wcale nie jest to takie pewne.

Średnia zła: 2,6
Fani wytwórni Full Moon i Charlesa Banda na pewno odnotowali fakt, że w świecie Evil Bonga pojawiają się postacie z innych produkcji tej kooperacji: „Trancers”, „Cmentarz lalek”, „Szatańskie zabawki” i oczywiście „The Gingerdead Man”.


Pi

THE GINGERDEAD MAN (2005)

„The Gingerdead Man”
reż. Charles Band

gingerdeadmanWielkanoc już się kończy, wszyscy na pewno pękają z przejedzenia, więc by elegancko zamknąć świętowanie, proponuję film o ciasteczku. Takim o morderczych skłonnościach, czyli „The Gingerdead Man”.

Niezrównoważony psychicznie Millard (Gary Busey) napada na cukiernię, zabijając właściciela i jego syna. Przeżyć udaje się tylko córce Sarze. Choć mordercę złapano i stracono na krześle elektrycznym, nie zakończyło to koszmaru dziewczyny. Nie tylko wciąż nie może pogodzić się ze stratą, a interes upada, ale do tego za sprawą podrzuconej przesyłki w magiczny sposób Millard odradza się w postaci… ciasteczkowego ludzika, który postanawia zemścić się na pozostałej przy życiu rodzinie cukierników.

gingerdeadman_1Przemoc: – 2
Jestem rozczarowany. Jakkolwiek głupi by nie był koncept „The Gingerdead Man”, dawało się go uratować feerią krwawych efektów specjalnych. Niestety z tymi jest krucho. Trupów jest niewiele, krwi również, a samych momentów morderstw na ekranie praktycznie nie widać. W sumie najbardziej obrzydliwie wygląda scena, kiedy jeden z cukierników nadgryza Millarda-ciastka. A wystarczyło sobie wcześniej obejrzeć „Laleczkę Chucky”, by wiedzieć, jak połączyć krwisty horror z mordercą ukrytym w miłym przedmiocie (choć oczywiście, ani Chucky, ani Millard-ciastko mile nie wyglądają).

Nagość: 0
Gdyby „The Gingerdead Man” powstał w latach 80. na pewno na ekranie pojawiłaby się jakaś roznegliżowana blondynka (by zginąć pod prysznicem), niestety premieira odbyła się na początku XXI wieku i nagości nie ma nawet za grosz. Ba, nie ma nawet nikogo w samej bieliźnie.

gingerdeadman_2Wulgarność: – 2
Tak jak w omawianej dwa tygodnie temu pierwszej części „Thankskilling”, ale nie tylko, najbardziej wulgarnym osobnikiem jest dziwaczny morderca, który sypie niewybrednymi tekstami. Niestety daleko mu do indyka, czy nawet starych, poczciwych crittersów. Niby mamy jeszcze wątek puszczalskiej blondynki, ale tu również całość wygląda tak, jakby nad wszystkim czuwała cenzura TV TRWAM.

Obrazoburczość: – 1
Choć ciasteczkowy morderca powstał w wyniku ingerencji czarnej magii, nie znajdziemy tu ani tajemnych rytuałów, ani nawet kawałka pentagramu. Tak po prawdzie nie wiadomo czemu Millard powrócił akurat w formie piernika, ani kto za to odpowiada. Jak rozumiem był to jedynie pretekst do tego, by zaprezentować oryginalną koncepcję.

gingerdeadman_3Niesmaczna przyjemność: – 1
Naprawdę byłem do tego filmu nastawiony pozytywnie i w żadnym razie nie odstraszał mnie morderca zaklęty w ciasteczkowego ludzika. Niestety srogo się zawiodłem. Można było podejść do tematu dwojako – albo w formie wygłupu, jak to zrobili twórcy „Thankskilling”, nabijając się z produkcji pokroju „Laleczki Chucky”, czy „Władcy lalek”; ewentualnie oddać hołd kinu klasy Z, tworząc mięsisty obraz na serio, gdzie bzdurną fabułę zamaskowano by hektolitrami posoki i sporą dawką nagości, niczym w „Grindhousie” Tarantina i Rodrigueza. Tak się jednak nie stało. W sumie nie wiadomo o co chodziło Charlesowi Bandowi, kiedy tworzył tego gniota. Ani w tym napięcia, ani sensu, ani nawet sympatycznych bohaterów. Całość natomiast realizacją przypomina „Klan”. Poza tym przez większość seansu zastanawiałem się, czemu Sarah z towarzyszami nie ucieka z piekarni, skoro wie, że poluje na nich duch Millarda, tylko uparcie próbuje z nim walczyć. Tak więc jedyny plus, jaki widzę w tej produkcji, to to, że nasz ciastek nie jest animowany komputerowo, tylko został zrobiony po Bożemu, jako paskudna lalka.

Średnia zła: 1,2
To wręcz niesamowite, ale „The Gingerdead Man” doczekał się dwóch kontynuacji i jednego crossoveru z innym filmem dla odważnych – „Evil Bong” (też w reżyserii Charlesa Banda). Jeśli starczy mi siły i samozaparcia, postaram się Was, Drodzy Czytelnicy, ostrzec przed tymi produkcjami (byłbym zdziwiony, gdybym miał któreś polecić).


Pi